Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuczne rzęsy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuczne rzęsy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 lipca 2011

Warto było :))

Moja relacja z zabiegu przedłużania rzęs metodą 1:1 wraz ze zdjęciami prezentującymi rezultat (KLIK) wzbudziła ogromne zainteresowanie. Tym bardziej czuję się zobowiązana do przedstawienia Wam ciągu dalszego i (niestety) końca tej przygody :)

Przedłużaniu rzęs poddałam się dokładnie 7. czerwca, w samo południe ;)) i jak już wiecie, z gabinetu wyszłam oszołomiona efektem...


Moje oczy stały się wyjątkowo wyraziste, jakby większe, bardziej otwarte, przykuwające spojrzenia. I to wszystko na okrągło, niezależnie od pory dnia bądź nocy, bez wysiłku :)) To zdecydowanie największy plus całego przedsięwzięcia. Wyobraźcie sobie taką sytuację: wczesna pobudka, na wpół przymknięte oczy, nieodparta chęć powrotu pod kołdrę, powolne docieranie do łazienki, pierwsze spojrzenie w lustro, a tam... "umalowana", świeżo wyglądająca buzia! To właśnie miałam w standardzie ;)

Jedwabne rzęsy doklejane do naturalnych metodą 1:1 tworzą gęsty, dość sztywny, równiutki wachlarz. Są grube, wyraziste. Same w sobie nie są wymagające - jedyne, co musiałam z nimi robić, to raz dziennie czesać je specjalną, lekko zwilżoną szczoteczką (którą dostałam w salonie). Więcej problemów przysporzyły mi rytuały tylko pośrednio związane z tymi niewymagającymi tuszowania rzęsami.

Bardzo pilnowałam, by nie trzeć rzęs u nasady (mogłoby to spowodować szybsze wypadanie i... ból). Demakijaż musiałam więc wykonywać bardzo delikatnie. Opatentowałam dwa sposoby usuwania kreski z górnej powieki: zmywanie przy pomocy patyczków kosmetycznych wcześniej zamoczonych w płynie micelarnym lub przy pomocy nasączonego, zgiętego wpół wacika (którego krawędzią ostrożnie przesuwałam wzdłuż linii rzęs). Demakijaż polegający na ściąganiu mejkapu z oczu "w dół" nie wchodził w grę. Tym samym wieczorne zabiegi związane z usuwaniem makijażu zajmowały mi zdecydowanie więcej czasu, niż zazwyczaj (z korzyścią dla skóry wokół oczu, która odpoczęła od pocierania i tym podobnych atrakcji ;))

Podobną ostrożność musiałam zachowywać podczas mycia i płukania buzi. Oczy i ich okolice powoli przemywałam mokrymi palcami, zapominając o szybkim i obfitym chlapaniu sobie w twarz ;) Woda oczywiście nie szkodzi - rzęsy są odporne na wizyty na basenie itp. Chodzi raczej o unikanie tego ruchu, kiedy to pełnymi dłońmi szybko ściągamy sobie nadmiar wody z oczu, pociągając przy tym rzęsy w dół. Zawile tłumaczę, ale liczę, że jest to w miarę zrozumiałe ;) Z myciem twarzy przyzdobionej sztucznymi rzęsami związany jest kolejny kłopot, czyli osuszanie ręcznikiem. Tarcie oczu? Nie ma szans! W grę wchodzi jedynie delikatne (!) przykładanie ręcznika miejsce po miejscu. W przypadku zbyt mocnego dociśnięcia ręcznika do oczu pojawia się lekki ból. Uczucie kłucia u nasady rzęs, zupełnie jakby cienki drucik wbijał się w powiekę. Raz zaznałam tej wątpliwej przyjemności, za więcej dziękuję, od razu zapamiętałam jak należy wycierać twarz ;) i jak rano potrzeć oczy, by ich nie trzeć. Tego też trzeba pilnować - nieostrożność w tej materii również grozi nieprzyjemnym pokłuwaniem.

Sporo niedogodności? Nie zaprzeczę, ale nie zrażajcie się :) Nie są szczególnie uciążliwe, to wszystko kwestia przyzwyczajenia do nowych metod. Na dodatek problemy pojawiają się głównie poczas porannej i wieczornej toalety. Przez znakomitą większość dnia noszenie jedwabnych rzęs to czysta przyjemność :)) bo która z nas nie cieszyłaby się z tak wyrazistego spojrzenia?


Z pewnością interesuje Was kwestia trwałości tych rzęs. Wszystko uzależnione jest od aktualnego cyklu wzrostu naszych naturalnych włosków, do których doklejone są te jedwabne. Wypadają razem. Ja pierwsze ubytki zaobserwowałam po trzech tygodniach od zabiegu. Zobaczcie same (polecam klik na zdjęcie w celu jego powiększenia):




Strzałkami zaznaczyłam zarówno ubytki w idealnie harmonijnej wcześniej linii rzęs, jak i rzęsy akurat wypadające (takie, które zaplątały się w sieć pozostałych ;)) bądź żyjące własnym życiem (niektóre po upływie 3 tygodni nie pozwalały się uczesać, wywijały się zgodnie z własną wolą niezależnie od moich starań).  Jeśli powiększycie zdjęcia zaobserwujecie, że większe spustoszenie nastąpiło na lewym oku ;) Prawe praktycznie do końca wyglądało nienagannie. Kosmetyczka wyjaśniła mi, że to normalne. Ponoć klientki, które co miesiąc przychodzą na uzupełnianie ubytków, raz mają większe luki na prawym oku, a drugi raz na lewym - i tak na zmianę :) bo akurat tak kształtuje się cykl wzrostu / wypadania naturalnych rzęs. A ja myślałam, że rosną na obu oczach jednocześnie i jednakowo :) Człowiek całe życie się uczy...

Owe wyjaśnienia poznałam podczas wizyty mającej na celu usunięcie rzęs (chlip...). Po czterech tygodniach uznałam, że symetria zaczyna coraz mocniej zanikać, a luki na lewym oku da się zauważyć nawet bez wnikliwych oględzin. Pozostało mi zdecydować: uzupełnianie lub zdejmowanie. Z żalem postanowiłam rozstać się ze swoim kocim spojrzeniem. Głównym powodem były względy finansowe - ok. sto złotych za uzupełnienie. Nie ukrywam jednak, że nie jedynym. Po miesiącu trochę zatęskniłam za możliwością porządnego, ekspresyjnego umycia oczu, bezproblemowym demakijażem i opcją potarcia powiek zaraz po przebudzeniu ;)

Samo zdejmowanie rzęs było bezproblemowe i bezbolesne (również finansowo ;) zapłaciłam za to 30 złotych). Kosmetyczka przed przystąpieniem do zabiegu ostrzegła mnie, żebym pod żadnym pozorem nie uchylała powiek, ponieważ na linię rzęs nałoży mi żel, który w kontakcie z oczami może mocno piec i podrażniać. Czy muszę mówić, że wystraszona kurczowo trzymałam powieki szczelnie zamknięte przez kolejny kwadrans? ;) Preparat do rozpuszczania kleju faktycznie okazał się diabelnie mocny - do tego stopnia, że rozpuścił kosmetyczce lakier na paznokciach... Na szczęście obyło się bez nieprzyjemności :) Pani chwilę po nałożeniu mi żelu na powieki zaczęła przy pomocy pęsetki (?) odczepiać kolejno wszystkie sztuczne rzęsy od moich naturalnych. Poszło gładko. Kilka minut, domywanie resztek kleju łagodzącym płynem, pozwolenie na zejście z gabinetowego łóżka. Spojrzenie w lustro i... znowu szok! Tym razem w drugą stronę ;)) W ciągu miesiąca zdążyłam przyzwyczaić się do swojego nowego, kociego spojrzenia, które w tamtej chwili stało się tylko przyjemnym wspomnieniem. Szybko jednak rozpoznałam i zaakceptowałam swoją "poprzednią wersję" ;)

Moje rzęsy po miesiącu noszenia sztucznych rzęs wyglądają dokładnie tak samo, jak przed ich założeniem. Nie zaobserwowałam żadnych ubytków na gęstości ani długości. Nie uległy również osłabieniu. Od usuwania rzęs minęły już 2 tygodnie - sądzę, że w tym czasie zdążyłabym zauważyć nieprawidłowości :) Przyznaję, że czuję ulgę. Martwiłam się, że ta przygoda posieje spustoszenie wśród moich naturalnych rzęs. Z drugiej strony sztuczne "firanki" nosiłam tylko przez miesiąc - być może to zbyt krótki czas by zrobić sobie krzywdę.

Zaznaczam, że nie stwierdziłam, by jedwabne rzęsy w jakikolwiek sposób kolidowały z noszeniem soczewek kontaktowych.

Czy zdecyduję się na ponowne przedłużenie rzęs metodą 1:1? Pomimo pewnych niedogodności - tak :)) Nie bez powodu, nie na codzień, ale jeśli trafi się jakaś większa okazja (np. własny ślub), to w podskokach pobiegnę do salonu na kolejny zabieg. Efekt jest piorunujący. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć: warto było :)))

Jeśli macie jakieś pytania bądź wątpliwości związane z tym tematem - pytajcie śmiało!

piątek, 10 czerwca 2011

Kocie oczy :)))

Czy jest wśród nas choć jedna kobieta, która nie marzy o firance długich, wyrazistych rzęs? Jeśli tak - ręka w górę! Hmm... zero zgłoszeń? Tak myślałam ;)) Nie jestem wyjątkiem. Testuję różne maskary, sięgam po bazy pod tusz, pielęgnuję rzęsy olejkami, łykam suplementy, zazdroszczę dziewczynom obdarzonym przez naturę rzęsiskami do nieba, wzdycham na widok pięknych (choć niekoniecznie naturalnych) wachlarzy rzęs, spod których patrzą na nas aktorki, piosenkarki, modelki...

(foto: looksus.pl)

Kiedy na Gruperze zobaczyłam ofertę: 99 zł zamiast 240 zł za przedłużanie rzęs metodą 1:1, moje serce zabiło mocniej ;) Kliknęłam! Zabiegowi poddałam się kilka dni temu. Dzisiaj chcę pokazać Wam efekt :)

Do salonu pojechałam niemal saute. Lekki podkład na twarzy, zero makijażu oczu. Soczewki kontaktowe schowane do pojemnika. Przebrnęłam przez formalności i krótki wywiad z recepcjonistką, po czym przeszłam do odpowiedniego gabinetu. Przedłużanie trwało niespełna półtorej godziny. Cały ten czas leżałam na wznak. Kosmetyczka najpierw podkleiła mi dolne rzęsy, pod oczami położyła mi nasączone nawilżającym preparatem płatki, a następnie kazała zamknąć powieki. Usiadła za moją głową i... zaczęło się. Nieznanym mi sposobem do każdej mojej rzęsy doklejała po jednej jedwabnej. Ich długość ustaliła według własnego uznania, opierając się na doświadczeniu i biorąc pod uwagę moją prośbę, by nie zrobiła ze mnie divy w stylu dramatic ;) Procedura momentami była lekko nieprzyjemna - doznawałam uczucia, jakby ktoś cienkim drucikiem lekko nakłuwał mi powieki. Na szczęście takich chwil było jak na lekarstwo. Zabieg w większości był neutralny, zupełnie bezbolesny. Musiałam walczyć, by nie zasnąć ;)) Kiedy dzieło zostało ukończone dostałam pozwolenie na otwarcie oczu. Przez sekundę myślałam, że nie dam rady! Powieki były ciężkie... sama nie wiem, czy to z powodu ogarniającej mnie senności, czy dzięki ciężarowi nowych rzęs ;) Na szczęście to było tylko złudzenie. Otwarłam oczy, oprzytomniałam i spojrzałam w lustro. Pierwsza reakcja to szok... który na szczęście szybko przerodził się w samozachwyt ;)) Zero opuchlizny, zaczerwienienia, efekt od razu jak malowany :))

Specjalnie dla Was zrobiłam zestawienie. Zdjęcia PRZED - rzęsy saute. Zdjęcia PO - rzęsy saute po zabiegu przedłużania (brak tuszu! tylko kreska). Zobaczcie :))




Jak dla mnie - rewelacja ;)) A pamiętacie może, jak pokazywałam Wam odżywko-bazę do rzęs DiorShow Maximizer? KLIK. Wykorzystałam zdjęcia z tamtego posta i zestawiłam je z aktualnymi. Na górze fotki rzęs pomalowanych bazą oraz wydłużającym tuszem, na dole przedłużonych rzęs bez makijażu:



Już żałuję, że nie zachowam efektu przedłużania na zawsze ;) Do zadowolenia z wyglądu dochodzi zadowolenie z wygody. Jedwabnych rzęs się nie maluje! (jaka to oszczędność czasu! :)) Zaszkodziłby im nie tyle sam tusz, co demakijaż (pocieranie, naciąganie, wpływ tłustych preparatów na klej...). Eyelinery i cienie należy zmywać ostrożnie, tak by nie narażać nasady rzęs na uszkodzenia mechaniczne. To właściwie jedyne ograniczenie. Długotrwałego kontaktu rzęs z wodą (np. na basenie) czy bardzo wysokich temperatur mogących nie dopuścić do stuprocentowego wyschnięcia kleju (np. w saunie) należy unikać jedynie przez 24 godziny od zabiegu.

Pełen efekt ma utrzymać się przez około 4 tygodnie. Później rzęsy zaczną wypadać (razem z naturanymi, zgodnie z cyklem ich wzrostu). Oczywiście nie zamierzam nosić rzęs z miejscowymi, wyraźnymi ubytkami ;) Kiedy tylko zacznę je tracić, pójdę do salonu na profesjonalne ściąganie za pomocą specjalnego preparatu (koszt to około 30 złotych). Chętnie zafundowałabym sobie uzupełnianie, ale... to ciut za droga impreza :) Poza tym nie chcę narażać swoich naturalnych rzęs na nadmierne obciążenie i ewentualne zniszczenia. Mam nadzieję, że jeden miesiąc nie wywoła wśród nich spustoszenia :) Po jego upływie zdam Wam relację z przebiegu "wypadania" i tego, co nastało po zdjęciu jedwabnych wachlarzy ;) A póki co cieszę się ze swoich kocich oczu :))

Pozdrawiam mrugając zalotnie ;))
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...