poniedziałek, 31 grudnia 2012

Czas pożegnania :)

Nadszedł czas pożegnania! Mam na myśli rzecz jasna 2012 rok :) Dla mnie był to czas obfitujący w ważne życiowe wydarzenia - znalazłam fajną pracę, obroniłam tytuł magistra (a tym samym zamknęłam etap studiowania)... Rok 2013 zapowiada się równie ciekawie - jak już wiecie, w sierpniu wychodzę za mąż. Wiąże się to z dużą życiową rewolucją, a mianowicie ze wspólnym zamieszkaniem z moim-już-wtedy-mężem :) Wcześniej będzie remont mieszkania, szczegółowa organizacja ślubu i wesela... i zapewne wiele więcej zdarzeń, z zaistnienia których jeszcze nie zdaję sobie sprawy. Wiem jedno - będzie intensywnie!


Drogie Czytelniczki!

Życzę Wam, żebyście przywitały 2013 rok
uśmiechnięte i pełne wiary w to,
że będzie on rokiem lepszym niż 2012!
Niezależnie od tego, jaki ten 2012 r. był :)

Życzę zdrowia, optymizmu i spełnienia marzeń.
Szampańskiej zabawy sylwestrowej
i szczęśliwego nowego roku! :)


Uciekam robić się na bóstwo (czy raczej na kobietę - kota ;)) i dopinać na ostatni guzik domówkę dla znajomych :)) Do siego roku!

niedziela, 30 grudnia 2012

Zgodnie z życzeniem ;)

Kiedy zapytałam Was, jakim postem mam rozpocząć po długiej blogowej nieobecności, wiele z Was wskazało na "coś pysznego". No cóż, po świętach to pestka, stół aż uginał się od pyszności ;) Upiekłam ciasteczka cynamonowe, ciasto marchewkowe (KLIK), ciasto czekoladowo-rumowe i bohatera dzisiejszej notki, czyli keks angielski :))


Jest bardzo prosty w wykonaniu. Chcecie spróbować? Jeśli tak, to przygotujcie:

150 gram rodzynek (polecam sułtanki)
150 ml rumu
200 gram masła (w temperaturze pokojowej)
150 gram drobnego cukru do wypieków
4 jajka
300 gram mąki pszennej
łyżeczkę proszku do pieczenia
ok. 200 gram mieszanki keksowej (suszone i kandyzowane owoce)
opcjonalnie można dodać garść potłuczonych orzechów włoskich

Składniki gotowe? Więc do roboty! ;)

Kilka godzin przed pieczeniem zalejcie rodzynki rumem i odstawcie do nasiąknięcia. Do jednej miski przesiejcie mąkę i proszek do pieczenia. W innej za pomocą miksera utrzyjcie masło. Dodajcie do niego cukier i ucierajcie nadal do uzyskania puszystej masy. Następnie dodawajcie jajka, miksując po wrzuceniu każdego z nich aż do połączenia składników. Do utartej masy dodajcie mąkę z proszkiem i wymieszajcie do połączenia. Po uzyskaniu jednolitej konsystencji dorzućcie mieszankę keksową i rodzynki (razem z rumem), wymieszajcie ponownie.

Uzyskane ciasto przełóżcie do keksówki (moja ma 28 cm długości), wysmarowanej wcześniej masłem i wysypanej bułką tartą. Wyrównajcie jego powierzchnię. Najgrzejcie piekarnik do 160 stopni C, pieczcie 20 minut, a następnie zwiększcie temperaturę do 175 stopni C i pieczcie przez kolejnych 35-40 minut (do tzw. suchego patyczka).

Przepis (w nieco zmodyfikowanej formie) pochodzi ze strony Moje Wypieki (KLIK).


Keks angielski jest lekko słodki, lekko alkoholowy, bardzo smaczny i sycący. Idealny na (nie tylko świąteczny) deser :) Właśnie wcinam ostatni kawałek!


Co dobrego Wy upiekłyście w te święta? 
A może ugotowałyście coś pysznego? 
Pochwalcie się swoim najlepszym świątecznym, kulinarnym dokonaniem! :)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Póki nie jest za późno ;)

Sprawy zawodowe i przygotowania do Świąt zatrzymały mnie jeszcze na chwilę, ale już jestem! Tym razem serio ;) Pora na moją gwiazdkową wishlistę! Póki nie jest za późno ;)

Muszę przyznać, że miałam lekki problem z określeniem rzeczy, o których marzę. Wygląda na to, że większość moich materialnych pragnień z listy życzeń 2012 ma obecnie status "zrealizowane" :) Coś się jednak znalazło ;)) 

Tak więc droga Pierwsza Gwiazdko!


Marzę ... 

... o srebrnych, srebrno-złotych i cyrkoniowych koralikach do mojej nowiutkiej, otrzymanej od kochanego narzeczonego bransoletki Pandora :))



... o srebrnym zegarku, który idealnie by mi z nią korespondował ;)


... o kremowym płaszczu :)


... o nowej klasycznej, czarnej torebce (ponieważ moja powoli dokonuje żywota) :)


... o nowych klasycznych, czarnych szpilkach (bo tak) ;)


... o złotych kolczykach - wkrętkach z diamentami, 
które stworzyłyby idealny komplet z moim pierścionkiem zaręczynowym :)


... o nowym, pełnym flakonie Botrytis od Ginestet, 
bo w poprzedniej flaszce zostało raptem parę mililitrów ...


... o kolorowych garnkach (i wielu innych pięknych bibelotach) do mojej przyszłej, jeszcze nieistniejącej,
ale już dokładnie zaplanowanej białej, nowoczesnej kuchni :))






Dzisiaj Wigilia. Święta.
W kontekście mojej dzisiejszej notki pozwólcie, że złożę Wam najserdeczniejsze życzenia
spełnienia marzeń :))
Zwłaszcza tych niematerialnych - czego życzę również sobie.
Niech te Święta będą dla Was czasem spędzonym w atmosferze spokoju i wzajemnej życzliwości.
Wesołych Świąt!



piątek, 14 grudnia 2012

Od czego by tu ... ? ;)

Jak wiecie, pisanie magisterki totalnie wyłączyło mnie z blogowego życia na dobrych kilkanaście tygodni. Od kilku dni jestem już po obronie i zastanawiam się, od jakiej notki zacząć swój powrót na bloga. I nie wiem! Mam masę zaległości... :) Od czego by tu ... 


Może powinnam zacząć od recenzji kosmetyków, które testowałam i zużywałam w czasie swojej blogowej nieobecności? W kolejce stoją: żel pod prysznic i olejek do ciała Pat&Rub, tonik, żel do twarzy i krem pod oczy Tołpa, płyn micelarny Bioderma Sensibio, krem do twarzy Natura Siberica, odżywka do włosów Lorys, produkty do ciała i włosów z Mydlarni św. Franciszka, róż do policzków The Balm - Hot Mama i rozświetlacz Mary-Lou Manizer, tusz do rzęs Benefit - They're Real!, ... Uffff, nie zdawałam sobie sprawy, że jest tego aż tyle ;)

Może wolicie, żebym najpierw pokazała swoje nowe lakierowe nabytki? 

A może lepiej byłoby, żebym z racji nadchodzących świąt zaprezentowała swoją listę marzeń?

Mogłabym też zacząć od jakiegoś smakowitego przepisu - tak w ramach przekupstwa za długą nieobecność ;)

Chociaż ... z racji profilu bloga może adekwatnym byłoby, żebym najpierw zaprezentowała swoją obecną pielęgnację i ulubione kosmetyki?

Słówko na temat zakupów ubraniowo-biżuteryjnych też zapewne byłoby na miejscu ;)

No chyba że chciałybyście, żebym przedstawiła Wam swój aktualny przedślubny bilans i wrzuciła kilka ślubnych inspiracji? :)

Inspiracje dotyczące urządzania mieszkania również są w miarę na czasie ;) Jutro znowu jadę do Ikei - jakiś czas temu zaczęłam kompletować mniej lub bardziej potrzebne bibeloty :) 

O! A może recenzja jakiejś książki? W tej materii również mam spore zaległości, bo przez ostatnie miesiące jedynymi towarzyszącymi mi lekturami były te dotyczące tematu mojej magisterki ... ale nareszcie wracam do "normalnego" czytania, mogę recenzować :))


Hmm... Dużo tego. Od czego zacząć? Nie potrafię zdecydować... Liczę na Wasze wskazania :))) Trochę mnie tu nie było, ale jeszcze pamiętam, że jesteście niezawodne ;)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Nareszcie! :)

Obroniona!


Jako świeżo upieczona pani magister wracam do blogowego świata :)) Nareszcie!

Mam masę zaległości. Co u Was słychać dziewczyny? :)

sobota, 17 listopada 2012

Dobro powraca :)

Witajcie! :)

Choć bardzo chciałabym móc już wrócić do Was na stałe, to niestety jeszcze nie jest to możliwe. Wciąż walczę z pracą magisterską, która pochłania 95% mojego wolnego czasu. Na szczęście już widzę światełko w tunelu ;) Rozdziały teoretyczne zatwierdzone, narzędzie badawcze skonstruowane - kolejne dni upłyną mi na analizie i opisywaniu badań oraz na zamykaniu i poprawianiu pracy. Jak dobrze pójdzie, to za dwa tygodnie będę mogła odetchnąć z ulgą, a za trzy będę już po obronie. Trzymajcie kciuki! O ile jeszcze ktokolwiek tu jest ;))

Dzisiaj robię sobie krótką przerwę od mgr i - podobnie jak ostatnim razem - wracam na chwilę, by przekazać Wam coś bardzo ważnego. Otóż właśnie dzisiaj ruszyła internetowa baza rodzin objętych akcją Szlachetna Paczka (KLIK!). 

(foto: www.dolinapotegowska.pl)


SZLACHETNA PACZKA to projekt, który w przemyślany sposób łączy tysiące osób: wolontariuszy, rodziny w potrzebie, darczyńców i dobroczyńców.



Wolontariusze, czyli Super W szukają rodzin w potrzebie, następnie spotykają się z nimi, diagnozują ich sytuację, poznają konkretne potrzeby i podejmują decyzję o włączeniu do projektu.

Darczyńcy przygotowują konkretną pomoc dla konkretnej rodziny.

Dobroczyńcy, angażując się finansowo, dają swoją energię dobroci, dzięki której system SZLACHETNEJ PACZKI może skutecznie działać.

Rodziny w potrzebie oprócz konkretnej pomocy otrzymują nadzieję na lepsze jutro i impuls do zmiany.

Stowarzyszenie WIOSNA, organizator SZLACHETNEJ PACZKI, daje jej niezwykłą filozofię pomagania, twórcze podejście do pracy z ludźmi, unikatowe systemy zarządzania i wolność dawania siebie innym.

Pomysłodawcą "Szlachetnej Paczki" jest ksiądz Jacek WIOSNA Stryczek ...

(foto: www.przewodnik-katolicki.pl)

... znany ze swojego zamiłowania do sportu, oryginalnych pomysłów ewangelizacyjnych (to właśnie on postawił konfesjonał przed Galerią Krakowską) a przede wszystkim z ogromnej potrzeby działania i z wielkiego serca. Miałam przyjemność poznać tego człowieka osobiście - wraz z narzeczonym uczestniczyłam w prowadzonym m.in. przez księdza Stryczka "Kursie na Miłość". Serdecznie polecam wszystkim zaręczonym z Krakowa i okolic, którzy jeszcze nie wiedzą na które z nauk przedmałżeńskich się zdecydować :)

A wracając do tematu :) Procedura związana ze Szlachetną Paczką jest bardzo prosta. Krok po kroku wygląda to mniej więcej tak: 
- wybór magazynu do którego w wyznaczonym terminie dostarczymy paczkę, 
- przejrzenie bazy rodzin i wybranie spośród nich tej, której chcemy pomóc, 
- zbiórka środków (finansowych i pozafinansowych), 
- zakup rzeczy wskazanych przez rodzinę jako najpotrzebniejsze (często są to po prostu produkty żywnościowe, środki czystości, ubrania...), 
- zapakowanie darów (wskazany jest świąteczny papier, może kokardka - w końcu to prezent!),
- dostarczenie Szlachetnej Paczki do wybranego magazynu we wskazanym terminie.

Darczyńca przez cały czas trwania akcji objęty jest opieką Wolontariusza, który pośredniczy pomiędzy nim a rodziną, udziela ewentualnych rad, odpowiada na pytania, a po dostarczeniu paczki z magazynu do wybranych potrzebujących relacjonuje mu ich reakcję i przekazuje podziękowania. Rodzina i Darczyńca pozostają dla siebie anonimowi. Tożsamość nie jest ważna. Liczy się pomoc, dobry gest, czyjś uśmiech.

Tegoroczna edycja Szlachetnej Paczki jest drugą (i na pewno nie ostatnią) w której biorę udział. Angażuję w to swoją rodzinę, znajomych oraz współpracowników. Im nas więcej, tym lepiej będziemy mogli pomóc potrzebującej rodzinie z naszego regionu. Was również zachęcam do wzięcia udziału. Z pewnością znajdziecie w swoim otoczeniu osoby, które zechcą przyłączyć się do akcji. Liczy się każda pomoc. Dzięki Wam jedna z rodzin może mieć spokojniejsze święta i nadzieję na lepsze jutro. A dobro przecież powraca :))

czwartek, 18 października 2012

Głodne dzieciństwo? Nie pozwól na to.

Brak czasu brakiem czasu, ale o rzeczach ważnych trzeba pisać. Przed momentem z TEGO posta Cammie dowiedziałam się o akcji charytatywnej organizowanej m.in. przez The Body Shop, Monnari, T-Mobile oraz Tous pod patronatem Polskiego Czerwonego Krzyża. Jej sednem jest pomoc niesiona głodnym dzieciom.

Ponad pół miliona dzieci w Polsce jest głodnych lub niedożywionych.

 Zamień głodne dzieciństwo na Godne Dzieciństwo.

 (foto: pck.pl)

Po szczegóły zapraszam Was na stronę PCK: KLIK.

Cytując za Cammie:

Jeśli chcecie pomóc, wyślijcie smsa o treści POMOC pod numer 7364 (koszt wiadomości to 3,69 zł brutto, operatorzy sieci komórkowych T-Mobile, Heyah, Play, Orange i Plus zrezygnowali ze swoich prowizji, cała kwota przeznaczona zostanie na potrzeby akcji) 
i podarujcie ciepły posiłek jednemu głodnemu dziecku!

Ja wysłałam. A Ty?

wtorek, 2 października 2012

Dietowe love. Ważne linki!

Jak dobrze znowu tutaj zawitać! :) Mało mnie tu ostatnio, wiem... Praca magisterska zabiera mi niemal każdą wolną chwilę, a tych ostatnio i tak jak na lekarstwo. Niestety taki stan utrzyma się jeszcze przez kilka tygodni. Mam nadzieję, że macie w zanadrzu jeszcze trochę cierpliwości :)

Dzisiaj w ramach odskoczni od obowiązków przychodzę do Was z tematem, który ostatnio pochłania sporo mojej uwagi (kiedy tylko mogę ją skupić na czymś innym niż magisterka...). Dziewczyny - czy uważacie, że odżywiacie się zdrowo? Zapewne większość z Was odpowie, że - nie licząc grzeszków - tak, owszem. Do niedawna odpowiedziałabym tak samo. Jem 5 posiłków dziennie, robię to w miarę regularnie, zastępuję pszenne pieczywo i biały makaron wyrobami pełnoziarnistymi, pochłaniam sporo warzyw, unikam fast-foodów, słodzonych napojów i nadmiaru słodyczy... Brzmi znajomo? Racjonalne odżywianie jak się patrzy. Ale czy na pewno?

(foto: designnastole.blogspot.com)

Przez wiele miesięcy (a nawet lat) gromadziłam rozmaite informacje dotyczące zdrowego żywienia. To wolno, tamtego nie wolno, to tylko rano, tamto koniecznie po treningu, tego nie ponieważ to i tamto... Można zwariować od samego słuchania, nie mówiąc już o wprowadzaniu tych zasad w życie. Na szczęście całkiem niedawno odkryłam dwa blogi, których autorki poprzez zamieszczane tam treści dość mocno poukładały mi w głowie cały ten bałagan. Dzięki nim odkryłam, że wcale nie odżywiam się zdrowo. Że - jak to ujęła jedna z nich - jestem niedożywiona. Brzmi okropnie, ale to prawda. Teraz rozumiem dlaczego (mimo "racjonalnego odżywiania" i ćwiczeń) paradoksalnie nie mogę pozbyć się wystającego brzucha. Wszystkie pozyskane dotąd rewelacje zaczęły układać się w jedną, spójną i logicznie brzmiącą całość.

(foto: weheartit.com)

Zaczęło się od bloga Niebiesko-Szarej (KLIK). Lektura pochłonęła mnie bez reszty. Chwilę później trafiłam na Make Yourself Better! (KLIK), gdzie Martha totalnie pozbawiła mnie złudzeń. Moja "zdrowa" dieta* jest do kitu. Tzn. na pewno lepsza taka niż żadna, ALE...

(*poprzez dietę rozumiem stałą zmianę nawyków, trwałe żywienie, a nie miesięczny zryw który na dłuższą metę wyrządza w organizmie więcej szkody niż pożytku)

Gorąco polecam Wam lekturę całości podlinkowanych wyżej blogów. Dla ułatwienia podam Wam jednak linki do kilku postów, które polecam szczególnie i trochę wprowadzę Was w temat. Podlinkowane poniżej notki mocno wpłynęły na moje myślenie o odżywianiu. Mam nadzieję, że i Wam przyniosą sporo ważnych wniosków, które później chętnie wprowadzicie w czyn :)

Na początek przeczytajcie TĘ NOTKĘ. Niebiesko-Szara tłumaczy w niej, jak obliczyć prawdziwe zapotrzebowanie organizmu na kalorie oraz BTW (białko-tłuszcze-węglowodany). To podstawa, punkt wyjścia do jakichkolwiek przedsięwzięć związanych z odżywianiem. By to zrobić, najlepiej wspomóc się kalkulatorem zamieszczonym na stronie PoTreningu.pl (KLIK). Śladem autorki obliczyłam swoje zapotrzebowanie. W kalkulator zapotrzebowania BMR wpisałam odpowiednie dane (kobieta, 53 kg, 160 cm, 25 lat, umiarkowana aktywność). Wyszło, że aby utrzymać wagę powinnam spożywać niespełna 2100 kalorii na dobę. By ją zredukować powinnam nieco ograniczyć ich ilość. Od razu uprzedzę komentarze - zależy mi jedynie na lekkiej redukcji, ponieważ najlepiej wyglądałam i najlepiej czułam się ważąc 50 kilogramów. Musicie wierzyć mi na słowo, że przy moim wzroście, budowie i proporcjach ciała ta waga będzie jak najbardziej odpowiednia i że obiektywnie patrząc daleko mi do chudości (której wcale nie chcę osiągnąć - chcę być po prostu szczupła i smukła). Wracając do tematu - założyłam, że będę jadła 1700 (lub nieco więcej) kalorii na dobę. Na tej podstawie - w ślad za Niebiesko-Szarą - obliczyłam zapotrzebowanie swojego organizmu na BTW. Zalecane proporcje tych makroskładników to 30/30/40 %. Czyli: 1700 x 0,30 = w mojej dobowej diecie na białka i tłuszcze powinno przypadać po 510 kalorii. 1700 x 0,40 = 680 kalorii powinno pochodzić z węglowodanów. Pamiętajcie, że tłuszcze są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu! Nie ma mowy o ich wykluczeniu. Należy wiedzieć, że 1 gram białka i 1 gram węglowodanów to 4 kcal, natomiast 1 gram tłuszczów to 9 kcal. Dzieląc liczbę kalorii które powinny pochodzić z białka przez 4 policzyłam, że dobowo powinnam spożywać go dokładnie 127,5 g. W mojej diecie powinno znaleźć się także 56 gram tłuszczów i 170 gram węglowodanów (głównie tych wartościowych, złożonych, znajdujących się m.in. w produktach pełnoziarnistych).

Policzyłyście swoje zapotrzebowanie? Jeśli tak, to świetnie. Tylko skąd wiadomo, ile czego właśnie się zjadło...? Tu niezbędny okazuje się Dziennik Żywieniowy, dostępny w profilu użytkownika po zarejestrowaniu na stronie PoTreningu.pl oraz strona IleWazy.pl (KLIK), która pomaga "na oko" ocenić wagę danego produktu. Pomocne zwłaszcza dla osób nieposiadających wagi kuchennej :) Dziennik pomaga krytycznym okiem spojrzeć na swój jadłospis, dostrzec błędy. Daje szansę na szybką reakcję, a dodatkowo motywuje. Na początku jego obsługa może wydawać się dość skomplikowana i czasochłonna (sama dopiero się w to wciągam...) ale sądzę, że z czasem będzie to przysłowiowa pestka :)

Właśnie wprowadziłam do Dziennika wszystkie swoje dzisiejsze posiłki (włącznie z kolacją, która dopiero przede mną). Okazało się, że mimo zjedzenia pięciu sytych (i jak mi się wcześniej wydawało - pełnowartościowych) posiłków pochłonęłam tylko 1000 (!!!) kalorii (czyli o 700 za mało, nawet w przypadku redukcji masy ciała!), o 40 gram białka i o 9 gram tłuszczów mniej niż powinnam, za to węglowodanów zjadłam o 20 gram za dużo. Czyli po prostu głodzę swój organizm. Cudownie... Nic dziwnego, że się buntuje i nie reaguje tak jak bym chciała (czyli nie spala tłuszczu). Zaraz wprowadzę jadłospis przewidziany na jutro. Mam jeszcze czas, by w razie braków wprowadzić odpowiednie modyfikacje. Dodam, że do Dziennika nie wprowadzamy warzyw poza strączkowymi i korzeniowymi. Sałata, pomidor, brokuły itp. - to się nie liczy! A jednocześnie jest niezbędnym elementem każdego zdrowego menu :)

Dlaczego to wszystko jest takie ważne? W tym momencie nie będę się już rozpisywać. Nie ma sensu powtarzać tego, co zostało już napisane :) Odsyłam Was na blogi dziewczyn (i zachęcam do lektury całości), szczególnie polecając następujące notki:

- instrukcja Niebiesko-Szarej dotycząca obliczania zapotrzebowania organizmu na makroskładniki i prowadzenia Dziennika Żywieniowego (KLIK),
- instrukcja Marthy dotycząca prawidłowego komponowania posiłków (KLIK),
- "To mnie wkurza!" czyli drastyczny post Marthy obalający stereotypowe myślenie o odżywianiu - akapity, które mną wstrząsnęły :) dosadne, ale bardzo mądre (KLIK)
- "Generalnie jestem szczupła, tylko ten brzuch..." (KLIK),
- ranking najlepszych źródeł białka w diecie (KLIK).

Nie traktuję słów dziewczyn jak wyroczni i Wam również tego nie polecam. Każda z nas ma swój rozum. Mimo to wciąż uważam, że autorki piszą bardzo mądrze i że warto zastosować się do ich zaleceń. Nawet jeśli jecie zdrowo sprawdźcie, czy spożywacie wystarczające ilości tych zdrowych produktów?

Pisząc tę notkę mam nadzieję, że dzięki temu choć kilka z Was zweryfikuje swój sposób odżywiania i inaczej spojrzy na tę kwestię. Że choć kilka z Was ustrzegę przed popełnieniem błędu, jakim jest przejście na którąś z tak licznych i tak bezsensownych "diet - cud". Że choć kilku z Was pomogę (pośrednio, dzięki autorkom polecanych blogów) zrozumieć mechanizmy według których funkcjonuje organizm. Wgłębienie się w temat zajmie Wam zapewne sporo czasu, ale jestem pewna, że warto. W końcu każda z nas robi to dla siebie - dla własnego zdrowia, samopoczucia i urody. Koniec końców każda z Was zauważy, że popularna dieta MŻ (Mniej Żreć) to totalna bzdura - na diecie trzeba jeść dużo! Grunt, by jeść dobrze :) Liczy się jakość. Idę na kolację ;)

Życzę Wam miłej, pouczającej, satysfakcjonującej lektury i wielu owocnych wniosków! Nie zapomnijcie tu wrócić, by się nimi ze mną podzielić :))

niedziela, 16 września 2012

Kto zatrzyma lato? :)

Ostatnio wyjątkowo intensywnie testuję Waszą cierpliwość... Mam nadzieję, że macie w zapasie jeszcze trochę wyrozumiałości :) Za około dwa miesiące (kiedy moja praca magisterska będzie już gotowa do obrony) rytm życia na blogu powinien wrócić do normy :)

Naczekałyście się, więc już nie przedłużam. Pora na wyniki rozdania zorganizowanego dzięki współpracy bloga Na obcasach i marki Sanoflore! Przypomnę, że do wygrania były aż trzy tubki najnowszego lekkiego sezonowego kremu do twarzy z wodą kwiatową z Melisy Bio o właściwościach antyoksydacyjnych (KLIK) :))



Do kogo uśmiechnęło się szczęście? :)


Pierwsza tubka trafi w ręce ...


April!

Druga tubka powędruje do ...


Apki!

Natomiast trzecia tubka stanie się własnością ...


Sonnaille!


Gratuluję dziewczyny :)) Czekam na maile z adresami do wysyłki! Natomiast wszystkich niepocieszonych informuję, że wkrótce z pewnością pojawi się kolejna szansa na mały uśmiech losu :))

czwartek, 6 września 2012

Mam bzika :D

Cześć, mam na imię Wioleta i jestem gadżeciarą... 

Podobno każdy ma jakiegoś bzika. No cóż :) Smartfony, tablety, netbooki, laptopy, czytniki i inne sprzęty... Wszystkie je kocham! Nikogo nie powinno więc dziwić, że po dwóch latach pełnego wzajemnej miłości związku zdradziłam swojego Samsunga Galaxy S I z jego najmłodszym bratem, czyli Galaxy S III :D


Duży, cieniutki, opływowy, biały, z krystalicznym wyświetlaczem i mnóstwem bajerów w śródku... Mrrr :)) Sporym ułamkiem tych bajerów są aplikacje, w większości do samodzielnego pobrania. Do wyboru, do koloru! Jest ich co najmniej miliard ;) Z myślą o innych posiadaczkach telefonów z systemem Android poniżej przedstawię swoje ulubione :)

Moimi faworytami są:

- Picasa Tool - aplikacja służąca do synchronizacji telefonu z internetowymi albumami Picasa,
- Instagram, Retro Camera, Cartoon Camera - programy służące m.in. do nakładania ciekawych filtrów / efektów na fotografie,
- Shazam - program, który na podstawie "wysłuchanej" próbki piosenki odnajduje i wyświetla jej tytuł :) chcesz poznać nazwę kawałka, który właśnie leci w radiu? nic prostszego! ,
- Pogoda TVN Meteo i GO Weather Ex - smartfonowe pogodynki ;) ,
- Program TV - aplikacja stworzona przez wp.pl, która w prosty i przejrzysty sposób prezentuje program wybranych stacji telewizyjnych na najbliższy tydzień,
- Trasportoid - rozkład jazdy mpk w telefonie :) sortowanie po liniach, przystankach i trasach :) jako użytkownik samochodu rzadko z tego korzystam, ale czasami jednak się przydaje ;) ,
- Tłumacz - czyli po prostu Tłumacz Google,
- Licznik Kalorii - pisałam o tej aplikacji TUTAJ,
- Endomondo - aplikacja do mierzenia efektywności treningu :) biegasz? jeździsz na rowerze? spacerujesz? Endomondo dzięki uruchomionemu GPSowi zmierzy trasę, poda Ci czas w jakim go przebyłaś, a nawet wskaże liczbę spalonych kalorii - dodam, że to tylko część możliwości tego programu :) ,
- Google Sky Map - mapa nocnego nieba :) kiedy chcę wiedzieć, czy to co widzę na niebie to rzeczywiście jest Wielki Wóz wystarczy, że skieruję telefon z włączoną aplikacją w jego stronę :) niezły bajer, 
- mBank - aplikacja do bankowości internetowej, dzięki której w każdym miejscu i o każdym czasie mogę skontrolować chociażby stan konta,
- YouTube - wiadomo ;) ,
- TVN Player - gadżet, dzięki któremu w razie nieoczekiwanej nudy mogę obejrzeć np. ostatni odcinek ulubionego serialu,
- WDownloader - aplikacja, która w kilka sekund pobiera na telefon wybrane mp-trójki z Wrzuty :) ,
- Gotujemy - multum ciekawych przepisów kulinarnych,
- AlarmDroid - czyli miły dla oka i bardzo funkcjonalny program do alarmów, budzików i innych przypomnień :) ,
- AdobeReader - czytnik dokumentów pdf. ,
- Think Free Office - aplikacja obsługująca dokumenty (dzięki niej zawsze mam przy sobie swoje CV ;)) ,
- Smooth Calendar - widget, który wyświetla na pulpicie telefonu wybraną ilość najbliższych wydarzeń zapisanych w Terminarzu,
- Days Left Widget - widget, który odlicza dni od / do danej daty,
- Notatka S - fabryczna aplikacja do notatek, które można pisać z klawiatury, ręcznie, a nawet rysować :) (przykład na załączonym zdjęciu ;)) ,
- ColorNote - kolejny widget na pulpit, tym razem pod postacią małych "samoprzylepnych" karteczek, na których można zapisywać rzeczy "do pamiętania" ;) ,
- Chrome - wybrana przeze mnie przeglądarka internetowa (tej samej używam w laptopie),
- Facebook - bo lubię być w stałym kontakcie ze znajomymi ;) ,
- Solitaire, Angry Birds, Unblock Me Free - gry,
- Lokalnie - lokalizator najbliższych knajp / restauracji / bankomatów / stacji paliw / ... :) ,
- Nawigacja - już nie raz uratowała mi życie ;) ,
- Uninstaller - narzędzie służące do odinstalowywania pobranych wcześniej aplikacji,
- Bathing Cat - widget, który łączy w sobie funkcje miernika poziomu naładowania baterii i zwierzątka "tamagotchi" ;) ,
- last but not least - GO Sms Pro - moje najnowsze odkrycie, czyli aplikacja do smsów (której używam zamiast tej fabrycznej) - przejrzysta, dająca możliwość zaawansowanej personalizacji, naszpikowana różnego rodzaju emotikonami, które w ilościach hurtowych pakuję do smsów do równie mocno zakręconej na punkcie takich bajerów mamy ;)

Sporo tego? Rzeczywiście, jednak pamiętajcie, że każda z tych aplikacji przydaje się w innym momencie :) Jestem przygotowana na niemal każdą ewentualność, jak np. gorączkowe poszukiwanie stacji paliw, długie i nudne czekanie w kolejce, zaginięcie w terenie, nieświadomość kaloryczności danej potrawy, ... ;)) W dużej mierze właśnie za to kocham mój nowy, śliczny telefon :D


Czy Wy też jesteście fankami systemu Android? Jeśli tak, podzielcie się nazwami swoich ulubionych aplikacji! :) A może należycie do tego grona osób, dla których telefon ma po prostu dzwonić i wysyłać smsy? ;)

środa, 5 września 2012

Zatrzymajcie lato! :)

Zaledwie 3 dni temu na łamach bloga Na obcasach mogłyście przeczytać trzy krótkie recenzje jedwabistego żelu pod prysznic Sanoflore (KLIK). Pozostańmy przy tej marce jeszcze przez chwilę. Pragnę poinformować, że niedawno na rynek wszedł nowy lekki krem sezonowy z wodą kwiatową z Melisy Bio o właściwościach antyoksydacyjnych (KLIK) :)

(foto: inakis.fr)

24- godzinne nawilżanie. 

Normalna i mieszana skóra, nawet do skóry wrażliwej. 

Dzięki lekkiemu kremowi sezonowemu poczujesz wiosnę w powietrzu… i na swojej skórze! 

Kobiecy zapach, który łączy w sobie nuty białych kwiatów i akcenty zielonej wiosny oraz owocową bazę drzewną.

Lekki krem sezonowy zawiera wodę kwiatową z Melisy Bio o działaniu antyoksydayjnym, aby chronić skórę przed działaniem wolnych rodników uwalnianych przez promienie słoneczne.


(sanoflore.net)

Brzmi zachęcająco? Jeśli tak, to na pewno ucieszy Was wiadomość, że Sanoflore przygotowało dla Was niespodziankę! Za pośrednictwem bloga Na obcasach ogłasza rozdanie - do wygrania aż trzy tubki najnowszego kremu tej marki!



By wziąć udział w losowaniu:

1. Musisz być publicznym obserwatorem bloga Na obcasach.
2. Musisz zostawić komentarz pod tym postem, w którym napiszesz:
- pod jakim nickiem obserwujesz Na obcasach
- za czym będziesz tęsknić najbardziej, kiedy lato już się skończy... :)


Rozdanie będzie szybkie!
Grajcie o sezonowy krem póki jeszcze trwa lato :))
Listę zamykam w niedzielę 9 września o 23:59.
Nicki trzech zwyciężczyń podam tak szybko, jak to tylko będzie możliwe :)

Powodzenia! :)

niedziela, 2 września 2012

Do trzech razy sztuka ;)

Niespełna dwa miesiące temu poinformowałam Was o nowościach, jakie do swojej oferty wprowadziła marka Sanoflore. Mam na myśli jedwabiste żele pod prysznic w trzech wariantach zapachowych (KLIK). Wówczas zaproponowałam Wam rozdanie, pamiętacie? Do rozlosowania były dwa żele, a warunkiem udziału w konkursie była deklaracja rzetelnego przetestowania i napisania krótkiej recenzji wygranego produktu. I oto są! Trzy krótkie opinie na temat jednej z trzech nowości Sanoflore - jedna moja i dwie gościnne :) Do trzech razy sztuka! Zapraszam :)



Po pierwsze - recenzja Black Rose, która testowała jedwabisty żel z kojącymi płatkami kwiatów z Hibiskusa Bio :)

Zacznę od tego, że jest to moje pierwsze spotkanie z marką Sanoflore, jeszcze nie miałam żadnego ich kosmetyku. Wylosowałam jedwabisty żel pod prysznic z kojącymi płatkami kwiatów z hibiskusa Bio. Po cichu liczyłam na cytrynę ale nie jestem rozczarowana. Jest to dodatkowo moja pierwsza wygrana, więc cieszę się podwójnie. 

Żel zamknięty jest w standardowej tubie z miękkiego plastiku z zatrzaskiem. Opakowanie jest ładne i przyjemne dla oka. Zamykanie żelu nie stwarza problemu przy otwieraniu, nie musimy się też bać, że samo się otworzy. Kosmetyk ma pojemność 200 ml.

Żel ma przyjemny zapach, który podczas kąpieli jest dość intensywny. Nie jest nachalny, więc nie musimy się bać, że będzie nam przeszkadzał lub wywoływał ból głowy. Zapach ten nie utrzymuje się długo na skórze po kąpieli. Żel dobrze się pieni, tworząc delikatną, jedwabistą pianę. Nie musimy dawać go dużo na gąbkę, wystarczy odrobina. Jego konsystencja jest rzadka, wręcz leista. Trzeba uważać by nie wylać go podczas otwierania, dlatego lepiej robić to trzymając opakowanie do góry nogami bądź bokiem. Jak dla mnie lepszym rozwiązaniem byłoby opakowanie z pompką. Wtedy nie musiałabym za każdym razem uważać, by go nie wylać. Żel nie ma koloru, jest przezroczysty.

Po pierwszym użyciu byłam zadowolona, ciało po kąpieli było bardzo delikatne i miękkie w dotyku. Nie mogę powiedzieć, by nawilżał skórę ale też nie zauważyłam by ją wysuszał. Wiadomo, balsam lub masło do ciała jest konieczne. Skóra po kąpieli jest czysta i tak jak wspomniałam delikatna i miękka. Jeśli chodzi o skład, to powiem szczerze, że się na nim nie znam, więc nie będę go opisywać. 

Podsumowując - jestem zadowolona z tego żelu. Bardzo cieszę się, że udało mi się go wylosować. Dobrze spełnia swoje zadanie, czyli dobrze oczyszcza skórę. Dodatkowo ładnie pachnie, więc polecam. Dziękuję Viollet za zorganizowanie tego rozdania i za fajną nagrodę :)



Po drugie - opinia Słomki, której przypadł w udziale jedwabisty żel pod prysznic z sokiem z Cytryny Bio :)

Marka Sanoflore, czy raczej L'Oréal w odsłonie dla biofilów, wypluła na sklepowe półki Jedwabisty żel pod prysznic z sokiem z Cytryny Bio. Bez mydła, bez parabenu, bez barwników. Wam też jedwabisty rozbrzmiewa w uszach innym, nieco mniej subtelnym przymiotnikiem wyrażającym aprobatę? Sprytnie… Tylko czy aby na pewno preparat Sanoflore jest zajedwabisty?

Opakowanie wzbudziło moją sympatię. Zerwałam zabezpieczającą folię (hurra, nikt przede mną nie zaglądał, hurra) i cytrynowa tubka trafiła do łazienki, gdzie od ponad miesiąca nieustannie staje na głowie, żebym każdego dnia bez problemu mogła wydobywać jej zawartość. Nie zużyłam jeszcze do końca, została jakaś ćwiartka - co widzę dzięki temu, że tubka jest transparentna – ale czuję, że nie będę miała trudności z wyciśnięciem ostatniej kropelki. Miło.

Żel pachnie do mnie lemoniadą. Skórką cytryny prawdziwszą niż te oszusty pakowane do różnych środków czystości. Oni tam się chwalą nawet, że zapach w 100% pochodzenia naturalnego. Okej. I jeszcze tym, że dodali brązowego cukru i jakiegoś trawska (wetiwerii). Ja tam prosta dziewka jestem, wiem tylko, że mnie ta woń orzeźwia i odświeża. I że z umytego ciała szybko się ulatnia. 

A teraz wyznam Wam tajemnicę: przy żelach najczęściej sięgam po myjkę. W przypadku pana jedwabistego sprawdziła się wyśmienicie. Wystarczyła kapka, żeby dobrze się pienił (SLS). Próbowałam samą ręką, bez oprzyrządowania myjącego. Próba oczywiście oczyszczająca, ale niezbyt satysfakcjonująca.

Z początku wydawało mi się, że żel trochę mnie podsusza, ale dla świętego spokoju zrobiłam test i na kilka dni odstawiłam wszelkie pokąpielowe nawilżacze i natłuszczacze. Oprócz tego, że dziwnie się czułam na tym miniodwyku, nie zauważyłam, aby moja skóra jakoś na tym ucierpiała.

Wydajność? Jeśli uważnie czytacie i dobrze liczycie, to wiecie, że miesiąc regularnego mycia kosztował mnie 3/4 tubki. Powiedzmy, że ujdzie…

Mówiąc w skrócie: żel przyjemny, chociaż bez szału. Mogłabym do niego wrócić, ale tego nie zrobię, bo cena około 35 złociszy za tubkę 200 ml środka myjącego nieszczególnie do mnie przemawia, nawet tym naturalnym głosem.



Po trzecie - moja opinia na temat jedwabistego żelu pod prysznic ze zmiękczającym ekstraktem z Wanilii Bio :)

Produkt od samego początku wywarł na mnie pozytywne wrażenie. Opakowanie jest super! Elegancka, elastyczna, półprzezroczysta tuba o pojemności 200 ml, przez którą bez problemu można ocenić poziom zużycia żelu. Korek dozuje dokładnie taką ilość kosmetyku, jaka jest pożądana.


Żel ma lejącą, dość rzadką konsystencję. Nie wpływa to jednak negatywnie na jego wydajność, ponieważ już niewielka ilość doskonale się pieni - zapewne dzięki kremowej bazie, na którą składają się kokos i cukier. Zapach Wanilii Bio jest obezwładniający :) Wyczuwalny od pierwszej chwili, słodki, przyjemny, ale nie męczący. Wyważony, taki w sam raz dla wielbicieli dyskretnej słodyczy :) Nie utrzymuje się na skórze, co uznaję za zaletę - dzięki temu unikam problemu z mieszaniem się zapachów żelu i perfum.


Żel nie wywołał żadnej negatywnej reakcji mojej skóry - nie wysuszył jej ani nie podrażnił. Z przyjemnością zużyłam go do ostatniej kropli (której wyciśnięcie z elastycznej tuby nie stanowiło najmniejszego wyzwania) - zajęło mi to mniej więcej miesiąc :) 

Kosmetyk opatrzony jest logiem EcoCert. Nie zawiera mydła, parabenów ani sztucznych barwników. Plus! Niestety nie dopatrzyłam się jednak znaku informującego o nietestowaniu na zwierzętach... Skład jest w porządku. Nie rzuca na kolana (ekstrakt z wanilii gdzieś na szarym końcu...), ale i krzywdy nie robi. Nie czepiam się - w końcu to tylko kosmetyk myjący do spłukiwania, przeznaczony do ciałą, a nie chociażby krem pod oczy.

Czy kupię ponownie? Nie sądzę... Powód jest prozaiczny. Cena. Jedwabisty żel pod prysznic Sanoflore to kosmetyk bardzo przyjemny w stosowaniu, ale drogi. 35 złotych za 200 ml? Za tę kwotę mogę kupić nawet 3 litry (!) drogeryjnego produktu lub kilkanaście kostek myjących / mydełek. Jednak jeśli dla Was koszt nie jest decydującym kryterium, a przy okazji cenicie naturalne, ekologiczne kosmetyki, to koniecznie sięgnijcie po Sanoflore. Nie przewiduję rozczarowania :))

niedziela, 19 sierpnia 2012

Słodka rozrywka ;)

Jako przykładna ciocia przedwczoraj w ramach wakacji zaprosiłam do siebie na noc swoją 9-letnią chrześnicę. Malowałyśmy paznokcie na brokatowy róż, grałyśmy w gry planszowe, oglądałyśmy bajki i ... piekłyśmy muffiny :)) Wyszły przepyszne! Obie z Młodą niemal od razu zjadłyśmy po dwie sztuki, po wystudzeniu jeszcze po jednej, po czym z cieknącą ślinką patrzyłyśmy na kolejne. Taką miałyśmy słodką rozrywkę ;) 

Zapraszam Was na mocno czekoladowe babeczki (brownies) z malinami!


Przepis pochodzi ze strony mojewypieki.com (KLIK). 

Składniki na 20 muffinów:

2 tabliczki (200 g) gorzkiej czekolady
200 g masła
4 jajka
1,5 szklanki cukru
1,5 szklanki mąki pszennej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
pudełko świeżych malin
w moim przypadku: kilka mrożonych malin do dekoracji (świeżych dziwnym trafem zabrakło ;))

Przygotowanie:

Do małego rondelka wrzuć masło i połamaną na kostki gorzką czekoladę - trzymaj na małym ogniu i cały czas mieszaj aż do całkowitego rozpuszczenia. Odstaw do przestudzenia. W wysokim garnku lub misie miksera umieść jajka, cukier, mąkę i proszek do pieczenia. Wlej masę czekoladową i miksuj aż do całkowitego połączenia składników. Wsyp maliny, wymieszaj łyżką. Powstałą masę nakładaj do foremek wyłożonych papierowymi papilotkami do 3/4 ich wysokości. Piecz na termoobiegu w temperaturze 180 stopni C przez 20 minut (bez zachowania reguły "suchego patyczka"). Po upieczeniu pozwól muffinom nieco przestygnąć w foremkach. Wyjmując gorące możesz je odkształcić.

Jedz, kiedy są jeszcze lekko ciepłe! Choć na zimno smakują równie dobrze :) Idealnie odchodzą od papierków. Malinowe brownies to babeczki wilgotne, maślane, dość ciężkie, sycące, przepyszne!


Smacznego :))

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Zalaminowana :))

Tak, ja też to zrobiłam! Kiedy tylko na blogach pojawiły się pierwsze wzmianki na temat laminowania włosów od razu wiedziałam, że muszę tego spróbować. Obietnice wygładzenia i dociążenia włosów były niezwykle kuszące. Nie było na co czekać - zabieg wykonałam w miniony czwartek :)

Laminowanie polega na nałożeniu na włosy mieszanki na bazie żelatyny, która działa na nie niczym osłonka domykająca łuski. Swój miks przygotowałam zgodnie z przepisem MissFashionistki (KLIK). Do szklanki wsypałam łyżkę żelatyny, zalałam ją trzema łyżkami gorącej, przegotowanej wody, a następnie przez około minutę intensywnie mieszałam łyżeczką aż do całkowitego rozpuszczenia. W tym miejscu dodam, że nieco się zagapiłam i żelatyna całkowicie mi zastygła ... Umieszałam więc nową porcję ;) do której już po kilku minutach dodałam maskę Alterra z granatem (w ilości, która z trudem zmieściłaby się na łyżce ;)). Uznałam, że zadziała bardziej odżywczo niż pierwsza lepsza odżywka. Tak przygotowany preparat nałożyłam na włosy świeżo umyte, osuszone ręcznikiem i rozczesane przy pomocy Tangle Teezer'a. Trzymałam go na głowie pod ciepłym kompresem (foliowy czepek + ręcznik) przez 50 minut. Po upływie tego czasu spłukałam włosy przy pomocy letniej wody. Pamiętajcie - trzeba to zrobić bardzo dokładnie! W przeciwnym razie pozostałości żelatyny będą sklejać włosy. Moje płukanie trwało mniej więcej 4 minuty. W jego trakcie nie zauważyłam żadnych rewelacji. Włosy były "takie sobie". Po osuszeniu ich ręcznikiem i nieco problemowym rozczesywaniu wciąż nie wiedziałam o co tyle hałasu. Dowiedziałam się w momencie, kiedy zaczęłam suszenie ... Słuchajcie, bajka! :))) Włosy były idealnie gładkie, jedwabiste w dotyku, miękkie, dociążone (ale nie obciążone!), cudowne! Efekt prostownicy bez prostownicy :))) (której tak swoją drogą nie używam już od ponad roku - jupi!).

Poniżej prezentuję zdjęcia zrobione w sobotę, czyli dwa dni i jedno mycie po laminowaniu :) Jak widać po kolorze nieba, tylko cudem udało mi się złapać słoneczny moment...


Na moich średnioporowatych włosach brak niestety "efektu tafli" (o który wciąż wytrwale walczę :)), ale i tak widać jak błyszczą :)

Zdjęcia w cieniu:

Wybaczcie tę nierówność, wiatr nie ustawał nawet na chwilę ;)


 Obecnie jestem cztery dni i trzy mycia po pierwszym laminowaniu włosów. Poniżej kilka(naście) spostrzeżeń :)

- laminowanie to zabieg bardzo prosty i nieuciążliwy (pod względem technicznym czy chociażby zapachowym) :) aczkolwiek przeznaczony raczej dla nie-wegetarianek (żelatyna...),
- włosy po laminowaniu są bardzo miękkie, gładkie, sypkie, dociążone - nie ma efektu przylizania, a jednocześnie znika problem puszenia i fruwania włosów we wszystkie strony,
- babyhair zostały połowicznie ujarzmione :) ,
- włosy przestały być podatne na odkształcenia np. od gumki czy poduszki - rano wyglądają równie dobrze, jak przed snem, są bardziej elastyczne :) ,
- niemal całkowicie zniknął problem plątania się włosów i zbijania w niezbyt estetyczne strąki, co wynika bezpośrednio z domknięcia łusek = wygładzenia powierzchni pasm dzięki otaczającej je osłonce z żelatyny (nazwa "laminowanie" jest jak najbardziej na miejscu :)),
- według mnie rodzaj odżywki / maski dodanej do żelatyny ma znaczenie - im bardziej treściwa i odżywcza, tym lepiej,
- laminowanie spowodowało przedłużenie świeżości moich włosów - codzienne mycie to obecnie wynik bardziej kaprysu (i testów dotyczących trwałości zabiegu) niż realnej potrzeby :) ,
- dzisiaj moje włosy nie są już tak miękkie i gładkie jak pierwszego i drugiego dnia "po", ale efekt laminowania wciąż jest zauważalny (szkoda, że nie jest trwalszy, ale i tak nie jest źle :) a poza tym nie można mieć wszystkiego ;)).

Nie dostrzegam minusów! Laminowanie jest tanie, proste, szybkie i bardzo skuteczne :)) Na moich średnioporowatnych, średnio-grubych i średnio-gęstych włosach sprawdziło się wręcz idealnie. Podkreślam jednak, że to sprawa mocno indywidualna. Nie każdy będzie zadowolony z tego zabiegu. Zachęcam Was do przeczytania relacji Anwen (KLIK), Czarownicującej (KLIK), Belleoleum (KLIK) i Czarnej Orchidei (KLIK). Co człowiek (i typ włosów) to opinia ;) Moja jest stuprocentowo pozytywna! Nigdy więcej bad hair day podczas ważnych dla mnie chwil :)) Żelatyna na stałe wchodzi do mojego kosmetycznego narzędziozbioru ;)

PS. Kolor włosów widoczny na powyższych zdjęciach to efekt farbowania henną Khadi Jasny Brąz z niewielką domieszką henny naturalnej i henny Cassia sprzed około dwóch tygodni :)

Próbowałyście już laminowania włosów żelatyną? Co sądzicie o tym zabiegu? Jakie są Wasze spostrzeżenia? :)

czwartek, 9 sierpnia 2012

Kamuflaż :)

Wiosną tego roku po raz n-ty byłam w Niemczech. Zapewne pamiętacie, że jak zwykle przywiozłam stamtąd torbę pełną zakupów. Jednym z nabytków był korektor pod oczy Maybelline - Instant Anti-Age Effekt - Der Löscher (Auge). Angielska wersja nosi w nazwie słowo Eraser, o ile się nie mylę ;) W wolnym tłumaczeniu ten korektor to taka gaśnica / gumka sprawiająca, że podoczne cienie i zmarszczki znikają ;))


Swój korektor kupiłam w drogerii Schlecker za ok. 7 euro. Wybrałam najjaśniejszy odcień, czyli 01 Light. Opakowanie zawiera 6,8 ml produktu. Ma postać wąskiego "długopisu" zakończonego kulką z takiej jakby gąbeczki... Ciężko to opisać, chyba lepiej będzie jak same zerkniecie :D


Produkt wydobywa się z opakowania poprzez przekręcanie czerwonej części - słychać wtedy charakterystyczne "kliki". Tłok minimalnie obniża się wyciskając niewielką ilość kosmetyku na gąbeczkę.


Korektor jest aksamitny, kremowy. Ma konsystencję idealną pod oczy - niezbyt rzadką, ale i niezbyt gęstą :) Aplikacja za pomocą tej włochatej gąbeczki jest bardzo wygodna i przyjemna. Produkt bezproblemowo pozwala się wklepywać i rozcierać. Ładnie kryje, stapia się z cerą, nie wchodzi w zmarszczki, nie roluje się. Trwa cały dzień! Z powodzeniem stosuję go zarówno pod oczy, jak i na cerę (zaczerwienienia, przebarwienia). Jest wydajny - codzienne stosowanie przez niemal 5 miesięcy zaowocowało zużyciem na poziomie 1/3 zawartości opakowania. Podsumowując: to mój najlepszy korektor od czasów (niepojętego dla mnie) wycofania z rynku rewelacyjnego korektora EverFresh (również od Maybelline...).


W moim odczuciu ten kosmetyk ma tylko dwie wady. Pierwsza z nich to niedokładny tłok. W pewnym momencie korektor (podczas przekręcania dozownika) zaczął przeciskać się między nim a ściankami opakowania. Tym sposobem znaczna ilość produktu znalazła się ponad tłokiem, czyli będzie nie do wydobycia. Chyba, że poprzez rozbicie buteleczki... Drugą wadą jest oczywiście dostępność. A właściwie niedostępność :( Nadzieję na upolowanie go na terenie Polski widzę właściwie tylko w drogeriach Schlecker - wiem, że niektóre z Was mają je w pobliżu. Pozostałym polecam obejście się smakiem, zakupy na Allegro, wykorzystanie mieszkających poza Polską znajomych lub mały zagraniczny wyjazd ;)))

Znacie ten korektor? Co o nim sądzicie? Liczę na to, że w komentarzach podzielicie się nazwami swoich ulubionych korektorów pod oczy / do twarzy! :))

środa, 8 sierpnia 2012

Konkret ;)

Czas na konkret! Czyli na pierwszą od dłuższego czasu recenzję ;) 

Kilka dni temu pokazywałam Wam nowe nabytki, wśród których znalazła się między innymi paczka pełna kosmetyków Lirene przesłana mi przez merlin.pl (KLIK). Znalazłam w niej między innymi żel do higieny intymnej Lirene Lactima - Odświeżenie.


W samą porę! Mój ówczesny żel akurat sięgał dna ;) Niemal od razu zabrałam się więc za testowanie kosmetyku Lirene.

Jak mówi producent (KLIKżel do higieny intymnej - 24h świeżości został stworzony z myślą o aktywnych kobietach, które potrzebują skutecznego i długotrwałego odświeżenia. Połączenie kwasu mlekowego i lukrecji delikatnie myje i na długo odświeża miejsca intymne, dbając jednocześnie odpowiednią ochronę przeciwgrzybiczą i utrzymanie prawidłowego balansu pH (kwasowości). Działanie antybakteryjne płynu hamuje rozwój bakterii odpowiedzialnych za powstawanie nieprzyjemnego zapachu, dając uczucie długotrwałej świeżości przez cały dzień.

Żel nie zawiera mydła, barwników, parabenów, dzięki czemu jest niezwykle łagodny i bezpieczny dla skóry.

Kwas mlekowy jest substancją naturalnie produkowaną przez kobiecą sferę intymną gdzie pełni funkcje ochronne. Jest bardzo cennym składnikiem produktów do higieny intymnej, gdyż umożliwia regulację pH i utrzymanie go na odpowiednio niskim, fizjologicznym poziomie, oraz ochronę przed podrażnieniami i zaczerwienieniami.


Co tu dużo mówić - bardzo polubiłam ten żel :) Pachnie nienachalnie i dość przyjemnie (kwiatowo?), jest delikatny dla skóry, jedwabisty, dobrze się pieni, nie podrażnia i nie wysusza wrażliwych okolic intymnych. Po prostu świetnie spełnia swoją rolę. Jest wydajny. Dodatkową zaletą jest praktyczne opakowanie - przezroczyste (dzięki czemu można na bieżąco oceniać zużycie produktu), poręczne, zakończone pompką (która zapewnia higienę i łatwość dozowania). Relacja pojemności do ceny również bardzo na plus - za 300 ml preparatu trzeba zapłacić ok. 12 złotych. Dostępność bez zarzutu (płyn Odświeżenie znajdziecie w każdej większej drogerii). Nie dostrzegam wad. Wygląda na to, że ten żel dołączył do krótkiej listy moich ulubionych. Brawo Lirene :)

Znacie żel Lirene Lactima - Odświeżenie? Polubiłyście go? A może macie innego faworyta w tej kategorii? :)

piątek, 3 sierpnia 2012

Nabytki, zakupy... :))))

To, że ostatnio mniej bloguję nie oznacza, że moje komody przestały wypełniać się nowościami ;)) Chcecie zobaczyć, co w trakcie ostatnich kilku tygodni wpadło w moje ręce? Pokażę Wam :)

Dostałam dwie przesyłki od pani Agaty reprezentującej sklep merlin.pl (KLIK). Pierwsza z nich to kosmetyki od marki Lirene:


Zaszaleli! Spodziewałam się dwóch, może trzech produktów, a tymczasem otrzymałam paczkę pękającą w szwach. Żele do higieny intymnej, mleczko do demakijażu, tonik, podkłady, ... Testy w toku!

Druga przesyłka to niespodzianka bezpośrednio od merlin.pl. Kosmetyki Pat & Rub! :))


Żel myjący, wielofunkcyjny olejek i balsam do ust. Wspaniałości :)) Wkrótce potestuję. Jeśli któryś z produktów okaże się hitem (bądź bublem) na pewno się o tym dowiecie :)

Kosmetyki które zobaczycie poniżej to moje prywatne nabytki. Po fali zachwytów przepływających przez blogi skusiłam się na zakupy w sklepie Kalina (KLIK). Od wielu miesięcy skutecznie denkuję zapasy. W szufladach zapanował luz. Uznałam, że to dobry pretekst żeby nieco zaszaleć :)


Kupiłam trzy kremy do twarzy (Baikal Herbals, Natura Siberica i jeden brzoskwiniowy marki własnej sklepu), oliwkowy krem do rąk, olejek, odżywkę do włosów, pastę do zębów z korą dębu i jodłą oraz płyn do płukania ust. Wszystko w ciemno. Będzie wielkie testowanie :))

To nie koniec! W ostatnim czasie nieco rozszerzyłam zawartość swojej szafy. Z myślą o rodzinnych uroczystościach i świętach nabyłam sukienkę marki Ravel - czarno-brązową, dopasowaną na górze i w talii, z paskiem, gładko i luźno spływającą po biodrach:


Nie oparłam się bluzce i spodniom z Allegro - obie rzeczy są białe, oznaczone charakterystycznymi złotymi skuwkami z kokardką ;)



Innym razem weszłam do Stradivariusa - i tu nastąpiło małe apogeum ;) Na pierwszy ogień poszła kurtka - dokładnie taka jakiej szukałam od ładnych trzech lat! I to tylko za 99 złotych :))))



Przechadzka między kolejnymi regałami zaowocowała zakupem czarnych, dżinsowych rurek ... na gumce :)


... i ślicznego, ażurowego, kremowego sweterka z rękawem długości 3/4 :)))


A teraz nabytek, który dopiero do mnie dotrze :) Świeżo kliknięty na Asos.com...

(foto: asos.com)

Ta sukienka urzekła mnie od pierwszego wejrzenia. Jest tylko jeden problem ...

(foto: asos.com)

... jak rozwiązać kwestię biustonosza przy tak uszytym tyle?! Tu golizna, tam koronka... Pomocy :)

Im więcej kupuję, tym więcej chcę kupić. Efekt kuli śniegowej jak malowany. Jednak póki co nie będzie kolejnego haulu. Może po następnej wypłacie ... ;)) Za to chciejlistę mogę zaprezentować natychmiast :D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...