poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Przybyła, zobaczyła, zwyciężyła ;))

Przyszedł czas na ogłoszenie wyników nietypowego rozdania, związanego z moją blogową rewolucją :) ale najpierw...

Dziewczyny, bardzo Wam wszystkim (i każdej z osobna) dziękuję za Wasze zaangażowanie i pomoc w promocji mojego nowego-starego bloga. Tutaj, na blogu Na obcasach, jestem już w pełni u siebie i w pełni po swojemu :) Cieszę się, że nowa nazwa spotkała się z Waszą aprobatą i że przeniosłyście się tutaj razem ze mną. Jeszcze raz dzięki!

A teraz to, na co zapewne wszystkie czekacie ;)) Wyniki!

Maszyna losująca (KLIK) wskazała, że nagrodę zgarnia...


Reniakicia!

Reniu, gratuluję :)) i czekam na maila z adresem do wysyłki!

niedziela, 3 kwietnia 2011

Marchewkowe pole ;))

Czy wiesz, że...

(foto: we-dwoje.pl)

... marchew to samo dobro?

Określana jest mianem warzywa młodości, które blokuje związki rakotwórcze pochodzące z dymu tytoniowego i spalin samochodowych. Zawiera antyutleniacze zapobiegające degradacji i starzeniu się organizmu. Roślinny karoten zawarty w marchwi w naszych jelitach jest przetwarzany na naturalny retinol stymulujący odbudowę komórek. Prócz karotenu czyli prowitaminy A marchew zawiera więcej witamin, jak: B1, B2, PP, K i C. Jest również bogata w związki mineralne - wapń, cynk, żelazo, fosfor, miedź, magnez, jod oraz potas. To właśnie potas odpowiada za jędrne ciało, piękną cerę i brzoskwiniową karnację. Regularne jedzenie surowej marchewki lub picie świeżo wyciśniętego soku marchwiowego może przebarwić naszą skórę na lekko żółto-pomarańczowy odcień, dając nam tym samym efekt delikatnej opalenizny bez jednoczesnego szkodliwego działania promieni słonecznych. Mało tego - jedząc jedną marchewkę dziennie obniżamy poziom "złego" cholesterolu i zmniejszamy ryzyko zawału serca aż o 30 procent!

(foto: gastropuls.pl)

Taki potencjał w małej, niepozornej marchewce ;)

Jako, iż trwa "akcja wiosna", kiedy to większość z nas bierze się ze sobą za barki ;) zwalczając lenistwo i kiepskie nawyki żywieniowe, postanowiłam podrzucić Wam przepis który okazyjnie osłodzi trudy tej walki, nie rujnując jednocześnie uzyskanych już efektów :)


Ciasto marchewkowe przekładane serkiem :))

Składniki na ciasto:

8-10 średniej wielkości marchewek
7 jajek (schłodzonych)
250 g brązowego cukru
250 g mąki
150 ml oleju
paczuszka (50 g) orzechów włoskich
paczuszka (50 g) płatków migdałów
garść wiórków kokosowych
proszek do pieczenia, soda oczyszczona, sól, cynamon, kakao

Przygotowanie:

Na początek polecam obrać i zetrzeć marchewki (na niezbyt grubych oczkach) oraz oddzielić żółtka od białek :)

Białka z łyżeczką soli ubijamy mikserem na dość sztywną pianę. W oddzielnym garnku miksujemy żółtka z cukrem. Dodajemy do nich ubite białka. W misce mieszamy: mąkę, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, łyżeczkę sody, 2 łyżeczki cynamonu, 3 łyżki kakao. Stopniowo dosypujemy mieszanki do żółtek i białek, naprzemiennie dolewamy oleju, cały czas miksujemy. Do uzyskanej masy wsypujemy starte marchewki (razem z sokiem, o ile takowy powstanie ;) wszystko zależy od grubości oczek, na których trzemy), wiórki kokosowe, płatki migdałów oraz rozdrobnione orzechy włoskie (polecam wsadzić je do grubego woreczka i potraktować tłuczkiem ;)). Mieszamy, wlewamy do formy.


Ja wykorzystałam nieco większą od formatu A4.

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni C i pieczemy ciasto na termoobiegu przez około 45 minut :) a w tym czasie przygotowujemy nadzienie...

Składniki na nadzienie:

3 serki Philadelphia o smaku naturalnym
2 saszetki cukru wanilinowego
2/3 kostki masła extra

Przygotowanie:

Masło rozpuszczamy i pozwalamy mu lekko podstygnąć. Do rondelka wrzucamy serki, zasypujemy cukrem wanilinowym, zalewamy masłem i miksujemy do uzyskania jednolitej masy (czyli krótko ;)).

Czekamy...

Ciasto po upieczeniu powinno stygnąć w piekarniku, przy uchylonych drzwiczkach (około 15 minut).
Po wyjęciu ciasta z piekarnika przekrawamy je poziomo na pół (wcześniej polecam podzielić je na cztery części, będzie łatwiej :)). Każdy spód hojnie smarujemy serkiem, nakrywamy wierzchem i wstawiamy do lodówki minimum na pół godziny.

Po upływie wyznaczonego czasu w końcu możemy delektować się tym niesamowitym smakiem :) Moim wczorajszym gościom aż się uszy trzęsły! (pozdrowienia łakomczuchy ;))



To jak, może mała wiosenna wycieczka na marchewkowe pole? ;))

piątek, 1 kwietnia 2011

To zależy ;) czyli Vichy NutriExtra

Jak już wiecie, pod koniec lutego podjęłam blogową współpracę z firmą Vichy. Na pierwszy ogień do testowania otrzymałam krem do ciała NutriExtra. Pamiętacie? Jeśli nie, to KLIK ;)


Po miesiącu użytkowania jestem gotowa do wystawienia opinii. Ciekawe? Więc czytajcie dalej :)

Krem do ciała Vichy NutriExtra to właściwie koncentrat odżywczo-odbudowujący, którego zadaniem jest odżywienie i regeneracja skóry suchej i bardzo suchej. Jak zapewnia producent (KLIK) ten kosmetyk zapewnia aż dwudniowy komfort - nawet po kąpieli. Uwaga - krem nie nadaje się do stosowania na twarz.


Kosmetyk nie zawiera parabenów, za co przyznaję mu spory plus (choć nie jestem specjalnie wrażliwa na tym punkcie, ale lubię używać produktów jak najmniej "zaśmieconych"). Dla zainteresowanych zamieszczam skład:


No okej, ale co z tą opinią? Przechodzę do rzeczy ;)

Krem NutriExtra ma konsystencję gęstego masła do ciała.


Jest bardzo treściwy, co korzystnie przekłada się na jego wydajność. Po miesiącu codziennego stosowania przeze mnie + kilkukrotnym użyciu kosmetyku przez mojego brata (posiadającego bardzo suchą, alergiczną skórę) w 400-ml słoiku zostało jeszcze ok. 30% produktu! To z pewnością sprawia, że wydatek rzędu 45-50 zł boli nieco mniej ;) Zapach kremu na plus - delikatny, przyjemny, na skórze niemal niewyczuwalny.

Zważając na fakt, że jest to kosmetyk skoncentrowany, mający mocno odżywić suchą skórę, jego aplikację mogę zaliczyć do całkiem przyjemnych. Obawiałam się konsystencji trudnej do rozsmarowania - na szczęście niezbyt słusznie. Produkt rzeczywiście jest gęsty, nieco tępy, ale pod wpływem ciepła dłoni i ciała daje się równomiernie rozprowadzić nie będąc przy tym uciążliwym zawodnikiem. Ponownie wspomnę o wydajności - wystarczy naprawdę niewielka ilość, by nawilżyć całe ciało.

Z wchłanianiem w moim przypadku nie jest już tak kolorowo. Ogromne znaczenie ma fakt, iż moja skóra należy do tych normalnych, raczej bezproblemowych (nawet po zimie, co zawdzięczam po części genom, a po części odpowiedniej, regularnej pielęgnacji). Miejscowy przesusz zdarza mi się głównie z początkiem sezonu grzewczego, który szczęśliwie jest już za nami. Krem NutriExtra zostawił na moim ciele cienką, nieco lepką, ochronną warstewkę, która przypuszczalnie dla osób o skórze suchej / bardzo suchej (którym dedykowany jest ów kosmetyk) jest zjawiskiem wręcz pożądanym. Dla mnie jest jednak nie do zaakceptowania. Kilka minut po aplikacji kremu założyłam szlafrok, a po jego zdjęciu z przerażeniem stwierdziłam, że kosmetyk zrolował się na mojej skórze. Sytuacja powtarzała się niemal za każdym razem, niezależnie od tego, jaką ilość kosmetyku wmasowywałam w ciało i jak długo czekałam z narzuceniem na siebie jakiejkolwiek odzieży. Z pewnością świadczy to o tym, że krem w stosunku do potrzeb mojej skóry ma zbyt bogatą konsystencję.

Chcąc zyskać pewność, do testów włączyłam brata, borykającego się z permanentnym wysuszeniem skóry. On żadnych niekorzystnych zjawisk nie zaobserwował :) Wchłanianie również w jego przypadku musiało trochę potrwać, ale ostatecznie skóra wręcz wpiła ten kosmetyk. Poprawie uległ głównie stan najmocniej wysuszonych, podrażnionych dłoni. Po zastosowaniu NutriExtra nie wymagały ponownego nawilżania przez kolejnych kilka godzin (a w tym kilka myć!).

Powątpiewam w prawdziwość obietnic o dwudniowym, pełnym komforcie suchej i bardzo suchej skóry, ale z drugiej strony codzienna aplikacja kosmetyku po kąpieli nie jest ani czymś nadzwyczajnym, ani problemowym, a już jednodniowy komfort dla skór przesuszonych z pewnością będzie wybawieniem :)

Wniosek jest prosty. Osoby, którym ten kosmetyk jest dedykowany, z pewnością nie będą zawiedzione :)) Produkt jest naprawdę skuteczny. Natomiast osobom posiadającym skórę normalną, mniej lub bardziej bezproblemową, które chciałyby stosować krem Vichy "na wszelki wypadek" - nie polecam. Jeśli więc zapytasz mnie, czy warto go kupić, odpowiem: to zależy :) Ja resztę swojego NutriExtra oddaję bratu - z pożytkiem dla nas obojga ;))
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...