Jako posiadaczka dość długich, farbowanych na ciemny brąz, niemal codziennie suszonych i prostowanych (a tym samym narażonych na przesuszenie i zniszczenia) włosów wciąż poszukuję idealnych kosmetyków do ich pielęgnacji, odżywienia, nawilżenia. Tym bardziej ucieszyłam się z maila, którego dostałam kilka dni temu. Zostałam zaproszona do współpracy z marką Wella :) Zaproponowano mi przetestowanie nowej serii szamponów i odżywek: Wella Pro Series. Firma wypuściła na rynek cztery warianty: Shine, Repair, Volume, Color. Sądziłam, że dostanę do przetestowania jeden z nich. Szczęka mi opadła, kiedy pani Katarzyna oświadczyła, że otrzymam wszystkie :) To raj dla moich włosów :))) Paczka jest już u mnie!
Z przyjemnością podejmuję testy i pałam nadzieją, że któryś z tych zestawów okaże się poszukiwanym ideałem :)
Przy okazji pokażę Wam, co całkiem niedawno upolowałam w TK Maxxie. Totalnie w ciemno wzięłam litrową odżywkę do włosów RUSK:
Dopiero w domu zorientowałam się, że to odżywka bez spłukiwania ;) o konsystencji mleczka. Ale... może to i lepiej? :)) Moje włosy nie są ostatnio w najlepszej kondycji, być może ten kosmetyk pomoże im odżyć.
I jeszcze jedno, tym razem wyjątkowo nie dla włosów ;) Wiedziona węchem porwałam się jeszcze na mydło do rąk Grace Cole - Watermelon & Pink Grapefruit:
Cudnie pachnie i cudnie wygląda. Nie ukrywam, że ma to dla mnie duże znaczenie. Lubię, gdy kosmetyk cieszy oko :) Pewnie nie jestem wyjątkiem, hm? ;))
sobota, 9 lipca 2011
piątek, 8 lipca 2011
O pewnej rocznicy... :))
8. lipca 2010. Ciepły, letni dzień. Pamiętny dzień. Późnym popołudniem mój brat wrócił do domu z kartonowym pudełkiem w dłoniach. A w pudełku... coś się ruszało. Malutki kotek! A raczej kotka ;) Cała mieściła mi się na dłoni. Brat natknął się na nią w szczerym polu. Nie mam pojęcia, jak się tam znalazła, ale to nieważne. Została ocalona i przygarnięta. Moja Kota :)))
Podczas zeszłorocznych wakacji była małym urwisem...
A teraz? Dostojna arysKOTratka ;) która jednak czasem ma napady wariactwa, kocha przesiadywanie w szeleszczących reklamówkach, a podczas wczesnych poranków uwielbia się łasić :))
I jest ze mną dokładnie od roku! Idę śpiewać "Sto lat" ;))
środa, 6 lipca 2011
Na dodatek :))
W kwestii biżuterii ciężko mi dogodzić. Mam bardzo sprecyzowany gust. Łańcuszki? Nie lubię. Ozdobne wisiory? Zdarza się... raz na ruski rok. Kolczyki? Zazwyczaj wybieram dyskretne wkrętki. Broszki? Noszę sporadycznie. Pierścionki? Tak, ale głównie takie z dużym, kolorowym szkiełkiem (lub brylantem ;)). Ozdoby na kostkę? Dobre na wakacjach... zwłaszcza na cudzej stopie ;) Kolczyk do brwi / języka / pępka? Totalnie nie mój styl. Kolorowe spinki i błyszczące opaski do włosów? Dziękuję, postoję ;) ...
Ale jest wyjątek! Dodatek, bez którego nie potrafię się obejść. Taki, który ubarwia większość moich outfitów. Bransoletka :))
Te bransolety, które widzicie na zdjęciu, to zbiór z przestrzeni lat. Ukochane egzemplarze :) Trzymam je w salonie, na dużej, ciemnoróżowej paterze. Część kupiłam sama, część dostałam w prezencie... Zdradzę Wam, że mam z rodziną i przyjaciółmi pewien układ - zawsze, kiedy wyjeżdżają na zagraniczne wakacje, w ramach upominku przywożą mi lokalną bransoletkę :) Sama również kupuję sobie tego typu pamiątki. I tak dziś mogę ozdabiać nadgarstek biżuterią m.in. z Węgier, Tunezji, Japonii, a nawet z... Barbados :)) Ta ostatnia to perła mojej kolekcji. Łamane wzdłuż, lakierowane na kolorowo, nawleczone na gumki muszle, ręczny wyrób sprzedawany na plaży wprost z koszyka. Bardziej egzotycznej ozdoby chyba nie mogłabym sobie wymarzyć :))
Ze względu na dość drobną rękę wybieram bransoletki na gumce lub sprężynie. Sztywne, nieregulowane zazwyczaj spadają mi przy pierwszym mocniejszym ruchu. Stawiam na zdecydowane kolory. Na bransolety jubilerskie, złote bądź srebrne przyjdzie jeszcze czas - tymczasem wybieram te z perełek, drewna, plastiku, metalu... a najbardziej lubię bransoletki wykonane z masy perłowej. Duże, lśniące, proste w formie, wyraziste... :))
Kolorowa pochodzi z Bijou Brigitte. Miałam szczęście - akurat była przeceniona o połowę :)) Beżową kupiłam natomiast ostatnio w sklepie I Am.
Obie kosztowały w granicach 25 zł, co okazuje się być ceną skandalicznie wysoką w stosunku do cen bransolet, które ostatnio znalazłam na Allegro - tylko 4,90 zł za sztukę! Padłam z wrażenia, podniosłam się i kliknęłam... pięć :))
Czyż nie są boskie? Kobalt, fuksja, turkus, fiolet i jaskrawa zieleń. Feeria barw. Jakość w pełni zadowalająca. To była prawdziwa gratka :))
A Wy? Jakie są Wasze upodobania w kwestii dodatków? Wybieracie bogate i krzykliwe, czy dyskretne i minimalistyczne ozdoby? Jednorazowo nosicie ilość śladową czy wprost przeciwnie? Ulubiony rodzaj biżuterii? Ciekawe, czy znajdzie się tutaj jeszcze jakaś maniaczka kolorowych bransoletek, moja pokrewna dusza ;))
Subskrybuj:
Posty (Atom)



