poniedziałek, 4 lipca 2011

Cud malina ;))

Nie określiłabym siebie mianem lakieromaniaczki, ale mimo to temat lakierów do paznokci jest dość bliski memu sercu ;) Te wszystkie kolory! Zawrót głowy. Bardzo lubię emalie w soczystych, owocowych barwach - na przykład malinowe...

(foto: pikselstock.pl)

Kiedy więc przyszło do zapoznania się z marką Essie, nie mogłam wybrać inaczej :) Padło na soczysty róż z kapką czerwieni, czyli Raspberry :))



Bardzo podoba mi się design lakierów Essie. Kształtne, kwadratowe, szklane buteleczki, dyskretnie wypisana nazwa marki, biała nakrętka. Do tego dochodzi fajny pędzelek - dość długi, prosto ścięty, o odpowiedniej szerokości i elastyczności. Bardzo dobrze się nim maluje.


Sam lakier jest taki jak lubię - bardzo kremowy, co jednocześnie oznacza, że bez oporów poddaje się zmywaniu. Dość trwały - nie odpryskuje, natomiast po 2-3 dniach ścierają się końcówki. Ani nie za rzadki, ani nie za gęsty - aplikacja bezproblemowa. Wydajność również bez zarzutu. Dzięki swojej konsystencji już jedna warstwa Raspberry ładnie pokrywa płytkę paznokcia. Ja mimo to zawsze nakładam dwie warstwy, by nadać kolorowi głębi. Hmm, no właśnie. Kolor. Tu mam zagwozdkę. W buteleczce - różowiutka malina. A na paznokciach... czy to jeszcze róż, czy już czerwień?



Zdjęcia powyżej robione były w świetle dziennym, bez flesza. Poniżej wrzucam porównanie - na górze foto bez lampy, na dole z lampą.


No więc jak? Róż czy czerwień? Nie wiem... Nieważne... Przyjmijmy po prostu, że to cud malina ;))

niedziela, 3 lipca 2011

Specjalista :))

Salmon Darkcircle Concealer Cream, czyli słynny, azjatycki korektor pod oczy marki SkinFood testuję zaledwie od kilku dni. Myślę jednak, że to wystarczający czas, by wyrobić sobie opinię na jego temat. Ja swoją już mam :) i zamierzam się nią z Wami podzielić. Uwaga - będę kusić ;)


Posiadam odcień #1, czyli jaśniejszy z dwóch dostępnych. Po odkręceniu słoiczka byłam zaskoczona - jak na korektor przeznaczony głównie dla bladolicych Azjatek wydał mi się dość ciemny. Okazało się jednak, że to zmyłka. Po zdarciu wierzchniej, cieniutkiej warstwy moim oczom ukazał się prawdziwy kolor korektora. Zobaczcie:



Na spodzie słoiczka znajdujemy etykietę, a pod nią opis produktu i instrukcję użytkowania ;)



Dowiadujemy się, że korektor ten zawiera olej z łososia, który to pomaga przykryć cienie, jednocześnie nawilżając i rozświetlając skórę pod oczami. Zaleca się, by stosować go na podkład, wklepując adekwatną ilość produktu w odpowiednie miejsca.

Czy korektor pod oczy może jednocześnie kryć i nawilżać? Byłam sceptyczna. Wszystkie korektory w słoiczku, z jakimi miałam kontakt do tej pory, miały raczej suchą konsystencję bądź tendencję do przesuszania delikatnej skóry wokół oczu. Na szczęście ten jest inny :) Błyskawicznie topi się pod wpływem ciepła palców, jest miękki i jedwabisty, a przy tym faktycznie jakby nawilżający. Nie zobaczycie tego na zdjęciach, więc musicie uwierzyć mi na słowo - po zeswatchowaniu korektora na dłoni zauważyłam, że mieni się pod światło, jakby jego powierzchnia była wilgotna. Coś musi być na rzeczy z tą zawartością oleju z łososia :) Pewnie dzięki temu rzeczywiście ładnie rozświetla i odświeża spojrzenie. Genialnie odbija światło. Wykorzystuję tę właściwość nakładając go czasem także na szczyt oraz skrzydełka nosa. Krycie uzyskiwane dzięki korektorowi SkinFood jest zadowalające a efekt stopniowalny. Ładnie stapia się ze skórą w okolicach oczu, nie wchodzi w zmarszczki, a lekko przypudrowany trzyma się cały dzień. I o to chodzi :))

Salmon Concealer #1 ma jeszcze jedną, istotną z punktu widzenia maskowania cieni pod oczami i rozświetlania spojrzenia zaletę. Kolor. Beżowo-różowy, a konkretniej... łososiowy właśnie ;)


Jakiś czas temu odkryłam, jak duże wizualne korzyści przynosi nakładanie pod oczy korektora o różowym zabarwieniu. Korzystałam z Essence Forget It! (KLIK). Byłam zadowolona, ale już do niego nie wrócę - łososiowy SkinFood okazał się lepszy :) Nie dość, że spełnia wszystkie funkcje różowego korektora, to jeszcze kryje cienie i nawilża skórę.

Mam dla Was zdjęcia, na których porównuję wielkość trzech posiadanych przeze mnie słoiczkowych korektorów. Poniżej zobaczycie, że Salmon Concealer to nie tyle słoiczek, co ogromny słój ;) Zawiera aż 10 gram produktu! NYX oraz M.A.C Studio Finish - po 7 gram (co i tak jest ilością wielką, zważając na tempo zużywania).



Na koniec porównawcze swatche. Od lewej:
- M.A.C Studio Finish Concealer w odcieniu NC20 (jasny, żółtawy),
- NYX 04 Beige (beżowy, dość ciemny, nadający się do użytku tylko podczas słonecznego lata ;)),
- Salmon Darcircle Concealer #1 (dość jasny, łososiowy, czy jak kto woli - różowy z kapką beżu).


Koszt łososiowego korektora SkinFood na eBay'u opiewa na kwotę 30 - 40 zł (już z przesyłką). I dużo, i mało. Do przykrycia zmian skórnych czy przebarwień może okazać się za słaby. Jest stworzony z myślą o okolicach oczu, z którymi z kolei radzi sobie rewelacyjnie. To korektor do zadań specjalnych. Swoisty specjalista :))

No i jak, skuszone? ;)

piątek, 1 lipca 2011

Duet na piątkę :))

Jak zapewne pamiętacie, jakiś czas temu otrzymałam od firmy Sanoflore dwa produkty z ich nowej gamy przeciw niedoskonałościom: orzeźwiający krem oraz aromatyczny żel oczyszczający. Intro znajdziecie pod TYM linkiem.


Za mną miesiąc uważnego testowania. Dzisiaj przychodzę z recenzją :))

Zacznijmy od Aromatycznego żelu oczyszczającego (KLIK).


Jak mówi producent, produkt ten to kombinacja trzech olejków eterycznych BIO: Cedru o właściwościach antymikrobowych, Cytryny słynącej z działania antybakteryjnego oraz Mięty o właściwościach antymikrobowych i ściągających. Oczyszcza, odświeża i dba o równowagę skóry mieszanej i tłustej. 


Słowo "aromatyczny" idealnie pasuje do tego kosmetyku. Rozpoznaję w nim wszystkie trzy olejki eteryczne: mięta i cytryna podbite zapachem cedru. Woń jest świeża, dość intensywna, wyczuwalna podczas użytkowania. Oczyszczanie twarzy stało się bardzo orzeźwiającym i przyjemnym rytuałem :)) ponieważ lubię takie cytrusowe klimaty. Zdaję sobie jednak sprawę, że ten zapach oprócz zwolenników znajdzie również przeciwników. Oceńcie sami.

Sam żel ma mocno rozwodnioną, rzadką, lejącą konsystencję. Jest praktycznie bezbarwny.


Wydajność oceniam na plus. Używam go każdego dnia już od miesiąca, a on trwa i trwa :)) Już niewielka ilość (taka, jaką widzicie na powyższym zdjęciu) wystarcza, by dokładnie umyć całą buzię. Mój sposób na ten kosmetyk jest następujący: nakładam go na twarz wilgotnymi dłońmi i masuję przez około minutę. Uzyskuję przy tym lekką, delikatną pianę. Następnie obficie spłukuję wodą. Moja mieszana, relatywnie bezproblemowa cera po takim zabiegu jest odczuwalnie oczyszczona, odprężona, napięta i wygładzona. Serio serio! To pozwala mi wierzyć, że ten antymikrobowy żel faktycznie chroni moją cerę przed niedoskonałościami. Dodam, że nie pozostawia na skórze żadnej wyczuwalnej warstwy.

Nie mam pojęcia, jak ten kosmetyk poradziłby sobie z demakijażem. Nawet nie próbowałam się przekonać, gdyż moim zdaniem nie takie jest jego przeznaczenie. Stosuję go tuż po zmyciu mejkapu. To ostatni krok podczas codziennego rytuału usuwania z twarzy wszelkich zanieczyszczeń, swoista kropka nad i ;)

Na aprobatę oprócz samego żelu zasługuje również jego opakowanie. Solidna, dość sztywna, niegniotąca się pod wpływem wyciskania produktu tuba o pojemności 125 ml. Na dodatek można poddać ją recyklingowi. Higieniczne, praktyczne dla użytkownika i przyjazne środowisku rozwiązanie. No i ten "trawiasty", fajny eko-design ;) Brawo!

Drugim z otrzymanych przeze mnie do testowania produktów jest orzeźwiający krem przeciw niedoskonałościom (KLIK).


Zdaniem producenta krem ten nawilża, matuje, zwęża pory. Nie tylko wysusza niedoskonałości, ale także nawilża i pozostawia uczucie komfortu. Zapewnia komfort dzień po dniu, działając w głębi skóry, aby przywrócić równowagę ekosystemu nawet wrażliwej skóry mieszanej i tłustej.

Wrażliwej skóry co prawda nie posiadam, ale mieszaną, od czasu do czasu płatającą figle jak najbardziej. Oznaczałoby to, że Sanoflore stworzyło ten krem z myślą o cerach takich, jak moja. Tym chętniej przystąpiłam do testów. Ale od początku...

Orzeźwiający krem przeciw niedoskonałościom oparty jest na olejku eterycznym z Trawy Cytrynowej BIO, który cechuje się naturalnym działaniem antybakteryjnym, antyoksydacyjnym i kojącym. Walczy on z procesem zanieczyszczenia sebum, który to przyczynia się do powstawania niedoskonałości.


W tym miejscu po prostu muszę wtrącić parę słów na temat opakowania. Jest cudowne! Solidna, jakby plastikowa, elegancka i ergonomiczna buteleczka z wynalazkiem godnym Nobla, czyli pompką :)) która w dodatku działa bez zarzutu. Uwielbiam takie rozwiązania - bardzo wygodne, praktyczne (np. podczas podróży) i higieniczne. No i ten sam, cieszący oko design :))


Ilość kremu wydostająca się z opakowania po jednokrotnym wciśnięciu pompki wygląda następująco...


... i wystarcza, by dokładnie nasmarować całą buzię, co oznacza, że wydajność jest bardzo zadowalająca. Tu przychodzi mi na myśl jedyny minus opakowania - nie widać, ile produktu zostało w środku... a z drugiej strony może i dobrze? Tylko zepsułoby to obecny "look" buteleczki, a przecież po miesiącu codziennego stosowania kremu dwa - trzy razy dziennie jestem w stanie przewidzieć, że wkrótce nadejdzie czas na zakup kolejnego mazidła do twarzy :)

Krem z Trawą Cytrynową BIO pachnie... trawą cytrynową ;) Ma naprawdę lekką, przyjemną, łatwo wchłanialną konsystencję. Co zaskakujące, jest zarazem kosmetykiem mocno nawilżającym. Fajnie odżywia, pielęgnuje i wygładza moją mieszaną cerę. Pory faktycznie zdają się być zwężone. Już to wystarczyło, żebym polubiła ten kosmetyk. Po kilku dniach zaobserwowałam jednak coś, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że sympatia przerodzi się w głęboką miłość. Przesyłkę od Sanoflore otrzymałam zaraz po powrocie z Niemiec, kiedy to moja zmęczona podróżą, cudzymi łazienkami i tym podobnymi atrakcjami cera nie była w najlepszym stanie. Pojawiło się sporo niedoskonałości - zwłaszcza na linii żuchwy i na czole. Wówczas wprowadziłam do pielęgnacji żel oczyszczający i krem. Już drugiego dnia rano niemal nie było śladu po wszędobylskich zmianach skórnych! Przetarłam oczy ze zdumienia... Być może zrzuciłabym to na kark przypadku, ale wkrótce pojawiła się okazja do weryfikacji. Całonocnymi szaleństwami (i alkoholami) weselnymi z połowy czerwca moja skóra również nie była zachwycona, odpłaciła mi się pięknym za nadobne. Niedoskonałości jednak jak szybko się pojawiły, tak szybko zniknęły. Wszystko zagoiło się ewidentnie szybciej niż to bywało zazwyczaj. Jestem bardzo zaskoczona, że obietnice producenta znalazły pokrycie i pewna, że te efekty to zasługa właśnie nowej gamy Sanoflore - nie zmieniłam bowiem innych elementów pielęgnacji, diety, stylu życia, otoczenia... Wow, po prostu czary :)))

Jestem szczerze zachwycona tymi kosmetykami. Ich jedyną wadą jest cena (około 30 zł za żel oraz około 45 zł za krem)... ale mówię z pełnym przekonaniem: są warte tej ceny. Naprawdę działają, są świetnie opakowane, posiadają EcoCert. Duet na piątkę :))


Jestem bardzo ciekawa działania Maski oczyszczającej i Roll-On'u SOS, czyli dwóch pozostałych produktów z gamy przeciw niedoskonałościom (całą serię obejrzycie TUTAJ). Doświadczenie pozwala mi podejrzewać, że są równie świetne jak krem i żel. Nie omieszkam sprawdzić ;)


PS. Fakt, iż otrzymałam te kosmetyki do testowania od Sanoflore nie miał żadnego wpływu na moją opinię i jakość tej recenzji. Zajrzyjcie TUTAJ - jeszcze przed nawiązaniem współpracy z tą marką byłam zachwycona jednym z ich produktów :)) Mam go do dzisiaj (zdaje się nie mieć dna!) i ponownie gorąco go polecam.

PS 2. Czuję się w obowiązku, by wyjaśnić Wam kolejny cichy okres na moim blogu. Ostatnia cisza spowodowana była tym razem dwoma czynnikami: trwającą (i wykańczającą mnie) sesją egzaminacyjną oraz zamieszaniem związanym z nowym etapem w mojej raczkującej karierze - pochwalę się, że dzisiaj rozpoczęłam staż w fajnej firmie :)) Paradoksalnie im więcej mam obowiązków, tym łatwiej i lepiej organizuję swój czas, więc mam nadzieję na nowo bywać tu częściej... :))

Edit: na prośbę One_LoVe wrzucam skład kremu. Wybaczcie pogięty kartonik, przed zrobieniem zdjęcia przeznaczyłam go na straty ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...